Pociągowy tygiel kulturowy

Black Pearl (a komfort podróży zbliżony do polskich kolei…)

Wpływamy na grząski temat Polskich Katastrof Pociągowych, Tudzież Lichej Komunikacji. Los chciał, że przez ostatnie trzy miesiące w pociągach spędzałam czwartą część czasu i przebywałam prawie tysiąc kilometrów tygodniowo. Jako istota aspołeczna, siłą rzeczy poznałam w podróży mnóstwo ludzi, nie tylko z Polski, ale i innych zakątków świata.

Gdy podjęłam decyzję o dojeżdżaniu z warszawy do Zielonej Góry na studia dzienne od osoby życzliwej usłyszałam, że to bzdura okrutna i wreszcie przyjdę do niej z podkulonym ogonem i przyznam jej rację. Ha! Tu się zgina dziób pingwina.

Polaków nigdy nie pytam o imiona. Tak się jakoś złożyło

Zaczęło się od skacowanego kibica Lecha Poznań (w ogóle nie było widać, ani ciut), który nie pamiętał nawet, jak i kiedy wydał kupę kasy, całe jego jestestwo odparowywało wódą. Zagadałam, bo lepszy znany kibic od nieznanego i wściekłego. Po jakimś czasie dosiadł się Pan z filharmonii, muzyk rzecz jasna. O dziwo, mamy wspólnych znajomych. On także kursuje często na trasie Wawa-Zielona. Dał mi nawet nadzieję, że usłyszę go w przyszłym roku na Warszawskiej Jesieni. No, może. Pana kibica tymczasem ogromnie znużyła nasz trash-talk na poziomie i zagadnął nas, czy my lubimy/chodzimy/tańczymy w dyskotekach. A znasz dyskotekę w Zielonej, taką co się nazywa H.? Jego przekrwione oczy zasnuły się w połach ściągniętych brwi, gdy usłyszał moją odpowiedź, pozbawioną najmniejszych emocji: Znam i gardzę.

Połączenia kombinowane z przesiadkami w Poznaniu i czasem w Kutnie, często niosą z sobą poczucie zmarnowanego czasu, ale znacznie częściej głupawkę…

„Te frytki nic nie znaczą!!!”

czyli tekst idealny na memy. O co zacz? Przesiadka w Poznaniu, TLK relacji Szczecin-Lublin z rezerwacją miejsc. I zwykle do Wawy Centralnej to ludzi jest naszprotkowane jak w konserwie. Tym razem pustki. w moim przedziale tylko jeden chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wniósł był sobie do pociągu kartoniki fastfudowe sztuk dwie, kurą walące i wszelkim pięknym, chrupiącym ziemniakiem. Ale ja jestem przecież ponad to i koncernami typu KFC się brzydzę, weź pan idź z tym w cholerę. Usiadł naprzeciw mnie i przyjmuje te nogi drogą paszczową. Na moje rzucone z przekąsem „smacznego”, wyprostował się zmieszany i proponuje:

– Gdzie moje maniery, ja się podzielę! Może frytkę?
– A gdzież tam, phi, frytkę. Smakowe to to, wyborne, ale nie, nie będę pana szanownego objadać z ambrozji.
– Dwie rzeczy: nie jestem pan i mam dużo, o i keczup odstąpię. Sam nie będę jadł.

Będąc świadomą praw i obowiązków małżeńskich, poczułam się do SMSowego zdania relacji memu Lubemu. Odpowiedź: Kopnę go. Frytki, tak?! Kopnę… Odpowiedź: Te frytki nic nie znaczą : )

Inna sprawa, że ten usmażony kawałek bulwy był pewnego rodzaju przełamaniem lodów. Nagle rozmawialiśmy o młodych, aspirujących piłkarzach, których rzeczony właściciel frytek trenował, a także o moim życiu: miłości do kotów, fok, podróżach na Hel, neofickiej miłości do lam, o głupawce a la mecz kocio-foczy z lamami na trybunach, robiącymi meksykańską falę (w wyuzdanie wyszukany sposób). Nie wiem nawet, jak to się stało, że o moim stanie cywilnym dowiedział się PO oddaniu mi części frytek.

Czarny kontynent

Jeszcze wiele czasu minie, zanim Polacy pokonają swój rasizm i ksenofobię. O ile jeszcze Azjaci nas w jakiś sposób intrygują, to Arabów i Murzynów po prostu się boimy. Na szczęście świat się zmienia. Podczas pierwszej wycieczki po mieście stołecznym, ogromnie radującym widokiem był czarnoskóry kierowca autobusu. Czyli jednak już centralna Europa, hm?

Znów pociąg do Warszawy. Zaszprotkowany. Miejsce, które zajęłam z czystego wyrachowania, było jednym z niewielu wolnych. Obok czarnoskóry, młody chłopak. Łypaliśmy na siebie; nawet nie wiedziałam, czy w ogóle i jak zacząć rozmowę. Przecież istnieją jeszcze ludzie, którym podróż w ciszy jest największym skarbem. Jestem taka jak reszta Polaków, pomyślałam, patrząc na chłopaka, gdy z głowy nie chciała wyjść jakaś piosenka śpiewana za dzieciaka w stylu:

Ale odezwał się pierwszy, po polsku, zapytał, czy nie za zimno przy tym otwartym oknie. Tak zaczęliśmy rozmawiać, po minucie przechodząc na angielski (tak, tak, mój nieużywany, łamany niemieckim angielski), bo Tobiemu brakowało słów (na moje nieszczęście mówił po angielsku bardzo cicho). Tobi, jak się okazało, pochodzi z Nigerii i studiuje w Warszawie od trzech lat. Nie mógł pojąć, po co studiuję polonistykę, skoro znam język polski. Niecodzienną dla niego była moja odpowiedź, że nie chcę i nie będę uczyć w szkole, a zależy mi jedynie na poszerzeniu horyzontów (powiedz to po angielsku, którego de facto nie znasz, ha!). Gdy dowiedział się, że jestem mężatką przyznał, że za dwa miesiące bierze ślub w Bydgoszczy. Naturalnie przekonywałam, że w tym mało urokliwym mieście najważniejsze do zwiedzania jest przepiękne Stare Miasto. On z kolei był przekonany, że pierwsze pięć lat małżeństwa to… ciekawy okres, a potem jest coraz lepiej. Gdy się żegnaliśmy, życzył mi wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, po czym na mej twarzy wystąpił rasowy uśmiech numer pięć.

Jak o Nigerii nie wiem właściwie nic, tak Egipt kojarzę z piramid, sfinksów, kultu kotów i bogini Bastet, papirusu i Islamu. Czyli wiem tyle, co nic. A skąd w tej opowieści Egipcjanie? A z Poznania.

Być może część z Was wie o barze w przejściu podziemnym z Nilem w nazwie. Tam właśnie pracuje Syryjczyk i trzech Egipcjan, w tym Aśraf. Kilka razy zabierałam się już, by zagadać, ale chyba brakowało mi odwagi. Tym razem było spokojnie, nikt nie przeszkadzał w rozmowie po polsku, mogłam zapytać o traktowanie kobiet w muzułmańskim kraju i tym podobne. Dowiedziałam się, że Aś ma żonę Polkę, katoliczkę, ale namawia ją na zmianę wiary, bo wg niego gdy pojawią się dzieci, ich =życie będzie lepsze i łatwiejsze. Podobno nie nalega dlatego, ze chciałby odziać w burkę. Przy okazji uświadomił mi, jak on sam patrzy na zwyczaje w Polsce: jego zdaniem jeszcze do niedawna polskie chrześcijanki chodziły w hijabie. Tak samo przecież Matka Boska miała na sobie stale hijab. Niesamowitym wydają się tak daleko idące wnioski. A może jednak coś w tym jest? Dziś na YT można znaleźć kilka vlogów chrześcijańskich kobiet, które z własnej woli noszą hijab, czy też w ogóle zakrywają głowy.
Nie mogłam nie zapytać o to, dlaczego, skoro Islam jest taki cudowny, to nie można odżegnać się od wiary i kobietom uciekającym od mężów odcina się nos i uszy, albo oblewa je kwasem. Aśraf westchnął i odrzekł spokojnie, że Zachód od zawsze tak pokazuje jego wiarę, karmi swoje ego, wynajdując złe i nieliczne przykłady bestialstwa. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to przecież chodzi o ropę, a „turban i broda” to teatr tworzony na potrzeby Zachodu.
[Potwór USAński być głodna wszak. Nawracać, wyprawy krzyżowe robić, o, tak tak! Pokłosiem są wojny na niemal całym Bliskim Wschodzie. Ale nie całym. Nie w Syrii. Czy to nie dziwne, że tam ropy nie stwierdza się?]
Ta godzina z zapiekanką w ręce bardzo dużo mi dała. Usłyszałam, jaka to wielka szkoda, że przypuszczalnie jestem tam ostatni raz w tym roku. Fajnie byłoby jeszcze kiedyś tam zajrzeć. Salam alejkum, Aś.

Akcent bez związku z Euro 2012

Lidia mieszka w Polsce, a jej ojciec pochodzi z Ukrainy. Ona sama czuje się Ukrainką i traktowana jest jak osoba z mniejszości narodowej. Uczy się języków: polskiego, ukraińskiego, rosyjskiego, niemieckiego i z wszystkich mogłaby pisać maturę. Za to w ząb nie kuma angielskiego. To dziewczyna bardzo młoda, szczera, otwarta. Poznałam ją w trakcie ostatniej podróży z Zielonej Góry, gdy wybierała się na imprezę (bo żyje, o zgrozo, od imprezy do imprezy :)). Nie zauważyłam między nami specjalnych różnic kulturowych, a do siebie podeszłyśmy z dużą dozą tolerancji. Okazuje się, że gdy człowiek przypomni sobie, że każdy wiek ma swoje prawa, to z ledwo poznaną osiemnastolatką można sobie pogadać. I zaczyna zamiast różnic widzieć same podobieństwa, jak choćby brak zapału do j. angielskiego, krnąbrna, niepokorna natura czy Druga Połówka starsza o dekadę. Na pytanie, czy nie doświadczyła nigdy ze strony Polaków przykrości (bo nigdy nie ukrywa pochodzenia i przynależności), rzekła, że przecież ona toleruje wszystkich i oczekuje tego samego. A jak się nie podoba, idzie w swoją stronę. Ogromnie bezproblemowo. Pomogłam Lidii znaleźć w Poznaniu peron 4b (a nie 9 i 3/4, choć był tak samo schowany), wymieniłyśmy się telefonami. Ma dzwonić, gdy zawita na imprezie w Wawie.

Wołem pociągowym bywam…

gdy chcę pojechać na koncert, do fokarium, gdziekolwiek. Bo taniej. Oczywiście nie uśmiecha mi się jazda w ukropie, uff, ukropnie wielkim. Po każdej takiej jeździe z jednej strony klnę, na czym świat stoi, że to już ostatni raz, i fuuu, i że nie chcę, a z drugiej cieszę się, mogąc rozmawiać z ludźmi. Ma co dzień nie jest to takie łatwe – zatwardziałą domatorką będąc.

Kilka dni temu poznaliśmy z Rorq’iem w powrotnej TLK z Gdyni wielką fankę Björk i strzyżenia zwierzy szczekających. Dzięki rozmowie z nią dowiedziałam się o filmie z Islandką, którego nigdy nie powinnam oglądać oraz tego, że głupim pomysłem jest zostawanie zootechnikiem (by zostać hodowcą lam w Peru) przy tak doskwierającym wegetarianizmie. Nauczą Cię, jak oporządzić świnię, ale nic o lamie lamówkowej. Ani słowa.

Co więc z tą naszą ksenofobią?

Ogólnie ujmując. Podobno wszyscy Polacy to ukryci antysemici. Ja ostatniego Żyda spotkałam bardzo dawno temu. Zdenerwował mnie wtedy, spieszącą się na zajęcia w PSM. Gawędził, co też mu się wydaje, jakieś strasznie bzdurne bajania o życiu w stylu: wszyscy mówią >>studiuj<<, a przecież studia nie uczą niczego dobrego; wolno spóźniać ci się na zajęcia cały kwadrans, więc studia uczą jedynie lenistwa. Wybaczcie, ale jak na moje ówczesne standardy były to bzdury. Poza tym nie miałam najmniejszej ochoty wędzić gościa w piecu. Czy mimo to jestem antysemitką? Ech.

Niechęć za to faktyczną czuję do Cyganów. Bez względu na to, czy to wina propagandy, że Cygan przyjdzie do ciebie, okradnie i spali dom, czy raczej ogólnego, zionącej z tej nacji cwaniaczkowatości. Dzieci nie są posyłane do szkół, kobiety są służącymi i żywymi inkubatorami, ale wszyscy jak jeden wyżelowani i obwieszeni złotem. Co robią, gdzie pracują? Nic i nigdzie. Brrr! Pozytywami są tu: piękna muzyka i ogólna muzykalność tych ludzi i umiejętności wróżbiarskie (jak chcecie, ale mnie tam ezoteryka jara całkiem całkiem).
A może ta niechęć do społeczności romskiej jest jakąś traumą wyniesioną z małego miasteczka, w jakim się wychowywałam? A nuż będzie okazja przysiąść się do jakiegoś Roma w pociągu i te traumy pogubić?

[Małomiasteczkowe dziadostwo to temat na zupełnie inny wpis; na razie niech będzie zmasakrowany Bursa jako trailer; słuchacie na własną odpowiedzialność]

W tym miejscu chcę podziękować Basi (azjatyckicukier.com), która stała się dla mnie inspiracją do poznawania innych kultur, tchnęła we mnie odwagę, by zagadywać, pytać, dowiadywać się i wyzwalać się od utartych schematów i stereotypów.

Reklamy

Podniebne mazy

Kilka zdjęć z auta, z pociągu, ciut zdjęć podróżnych, na leżakach i w oczekiwaniu na pociąg. Motywem przewodnim niech będzie pieśń:

Gdy sesja już się zbliża
I puka do mych drzwi
Ja w błękitach migdałowych
Przed egzaminem
[chcę się] skryć

W Gdańsku.

W Gdańsku.

Tu też.

Tu też.

I jeszcze tutaj. Widok z tramwaju wodnego relacji: Gdańsk-Hel.

I jeszcze tutaj. Widok z tramwaju wodnego relacji: Gdańsk-Hel.

Jeśli tafla wody jest jak lustro, a Łazienki zmienimy na jedną i to domową, to na zdjęciu widzimy sweet focię z klo...

Jeśli tafla wody jest jak lustro, a Łazienki zmienimy na jedną i to domową, to na zdjęciu widzimy sweet focię z klo…

Jeszcze w Zielonej Górze.

Jeszcze w Zielonej Górze.

W przedziale dla rowerów, gdzieś w drodze do Kutna.

W przedziale dla rowerów, gdzieś w drodze do Kutna.

Zachody nieopodal Nowej Soli.

Zachody nieopodal Nowej Soli.

Nowa Sól i pytanie na dziś: czy tylko ja widzę głowę rekina-młota na górnym pasie foty? (halo-gienki dodają charakteru...)

Nowa Sól i pytanie na dziś: czy tylko ja widzę głowę rekina-młota na górnym pasie foty? (halo-gienki dodają charakteru…)

Hakuna Matata, czyli stepy w pobliżu Żagania

Hakuna Matata, czyli stepy w pobliżu Żagania

Coma po zielonogórsku (trasa z Czerwonym Albumem)

Coma

Coma.

    [Zabierałam się do tego wpisu o wiele za długo. Czas zatem się ogarnąć...]

18.11.2011, Kawon, Zielona Góra. Cena biletu do przeżycia. Na scenie pokolorowanej światłem czterech dziwnie wymalowanych facetów (co nawet widać na niektórych zdjęciach). Tłum szaleje, a ja, z racji tej, że jestem na Comie już czwarty raz, czekam, co to będzie…

Grają nową pieśń z nowego, Czerwonego Albumu. Drugą, piątą, dwunastą. Ja się pytam: o co zacz i gdzie inne albumy?

Głupio tak przecież przyjść i nie usłyszeć, że Roguc nie wierzy sk**wysynom…

Coma od frontu

Coma od frontu

Antrakt. Okazuje się, że to wszystko to dopiero początek; Panowie pójdą się umyć, a czas będzie nam umilał pewien człowiek, bardzo zdolny, Łódzkie odkrycie, niejaki King

Ekhem! Człowiek z keyboardem, grajek rodem z potańcówek weselnych. Te kilka kawałków bardzo raniło moje uszy. Jednakże gdy zaintonował polską wersję „hitu”: Seksualna Niebezpieczna, mina zrzedła mi na widok kilkudziesięciu osób, radośnie kiwających się w takt…

Wersja karaoke (gdybyście mieli ochotę zrobić bibkę na chacie): http://www.youtube.com/watch?v=70DDYRMmCOU&feature=related

Ale chwila, chwila. Znów się zaczyna…

Malowanie światłem; Coma w Kawonie

Malowanie światłem; Coma w Kawonie

– Dzięki za tak ciepłe przyjęcie naszego kolegi! Jak słyszeliście, zaprezentował on covery z naszych poprzednich albumów.

Spadam, Zbyszek, Trujące rośliny, System czy Listopad to tylko kilka z kawałków części trzeciej. Dla fanów starych albumów wreszcie to było coś, czym się można było ponacierać…

Koncert

Bardzo na plus. Wreszcie usłyszałam Roguckiego, który śpiewa (jak to było kilka lat temu, gdy Coma prezentowała materiał z pierwszego albumu we wrocławskim klubie Od Zmierzchu do Świtu), a nie drze się czy melorecytuje, jakby trwając w transie, przestępując z obłędnym wzrokiem z nogi na nogę (co miało miejsce choćby dwa i trzy lata temu). Widać, że się postarali.

Czerwony Album

Od początku wiedziałam, że nie zapalam do niego taką miłością, jak do Zaprzepaszczonych sił…, jednakże jeśli mam ocenić nową produkcję Comy: jest baaardzo koncertowa. Teksty może nie powalają (jak choćby znienawidzony przez Rorqa kawałek: http://www.youtube.com/watch?v=CIXNLAzVlF8), ALE to wciąż jest rock/metal. Nie ma tu mowy o popie, dubstepach ani inszym electro. Muzycznie wciąż jest bardzo dobrze. Co prawda styl Comy zamyka się w zasadzie na kilku pokochanych przeze mnie niegdyś riffach, specyficznej harmonice i frazowaniu, lecz to jest przecież takie ichnie, tak samo jak sposób werbalnego obrazowania świata. Za to się ich albo kocha, albo lajkuje stronę na Fejsie w stylu:

nienawidzę COMY i ich pseudopoetyckich grafomańskich tekstów (https://www.facebook.com/pages/nienawidz%C4%99-COMY-i-ich-pseudopoetyckich-grafoma%C5%84skich-tekst%C3%B3w/359614241055)
 

 Podziękowania

Dla Rorqa ofkoz, że dal Comie kolejną szansę i się nie zawiódł (zabawa była wszak przednia), a także za zdjęcia.

(A właśnie, żeby nie było, że mnie tam nie było; oprócz świadków, mam jeszcze poniższe: foty w pełnym, gotyckim makijażu i w spranej koszulce Iron Maiden –> jak na klimatowy koncert przystało).

Moi.

Moi.

Chyba płynie najbardziej; na koniec: http://www.youtube.com/watch?v=nqxzzVkxOUs&feature=related

[PRZEPRASZAM ZA WSIURSKIE LINKOWANIE - LUB JEGO BRAK - WORDPRESS ODMÓWIŁ WSPÓŁPRACY]

Dobra chałtura nie jest zła, czyli co bawi zielonogórzan?

Czy umiemy jeszcze płakać ze śmiechu za sprawą nieordynarnych, wysublimowanych żartów? A może to pic na wodę i trzeba nam odbitej na czole etyklietki „vulgaris popularis”?

Lubię się śmiać. Do rozpuku. Absurdalny humor wylewa mi się każdą czakrą. Jednakże nic tak nie zażenowuje jak kiepskie, kwasowe, sucharne „dowcipy”.

Pierwsza myśl przed przyjściem do Amfiteatru: „Pewnie znów, jak zwykle, wymęczę się i stwierdzę, że nic poza Mumio i Hrabi nie jest warte jakiejkolwiek uwagi, ALE ZOBACZYMY”

Impreza pt.: Dzień Strażaka. Hm. Strażackie stroje, piosenki. Mniam. Czas na program.
Śmichy-chichy z Gorzowa, śmichy z podtekstów seksualnych, chichy z alkoholizmu. Niby wszystko OK, ale nie wiem, może poczucie żartowania wyostrza mi się z wiekiem. Śmieszyło mnie bodaj kilka gagów. Resztę zilustrować trzeba tylko onomatopeicznym, wymownym: „Da-bum. Tssss.”

A a propos onomatopei – najładniejszy występ wieczoru:

Pewnie jestem niesprawiedliwa, ale cóż. Nie lepiej byłoby zamiast chałtur robić prawdziwy, ŚMIESZNY kabaret?