Tru wege zupa.

Ciężko powiedzieć, jak powinna wyglądać prawdziwa zupa wegetariańska. Mało kto umie wyobrazić sobie smak zupy bez mienza. Cóż… dziś mam propozycję czegoś , co bynajmniej nie jest wege wersją zupy straight (taa, bo prawdziwy facet wodorosta nie ruszy), ale czymś, przez co się Rorq rozmaślił, mimo że przecież taki ogromny mięsopożeracz.

Om nom nom nom, wege tru.

Om nom nom nom, wege tru.

Programowo wyszkolone, polecane ingrediencje, którym czoła chylę:

włoszczyzna (w ilości nieznacznej)
makaron fusilli z pełnego ziarna (0,5 kg)
kremowa śmietana 18% (żeby wystarczyło)
podłużna papryka typu paprykowy nos (0,8 kg)
pomidory (1 kg)
czerwona fasola wraz z zalewą (1 puszka)
serek topiony, np. pieczarkowy (w serdelku)
koncentrat pomidorowy (ok. 200 g)
węgierska pasta paprykowa (ok. 5 cm)
masło (1/3 kostki)
przyprawy: bazylia, pieprz, sól, słodka papryka
warzywna kostka rosołowa (1 szt.)

Lubię robić obiady jednodaniowe, którymi można się po kokardkę nawtykać. Zupa na trzech marchewkach i z keczupem zamiast koncentratu (w wersji studenckiej) to totalna porażka.

Na początek więc na tapetę weźmy nosy. Czy też uszy.

Paprykowy team: nos, buzia i uszka.

Paprykowy team: nos, buzia i uszka.

Po uprzednim wydłubaniu pestek z nosa i ucha, kroimy.

Ale sieka.

Ale sieka.

Krójcie, jak się wam podoba. Podobnie pomidory. Ja preferuję zdrowszą wersję: ze skórką. Mycie styknie. I najważniejsze: szukajcie takich, które pachną jak prawdziwe. Smak będzie miał +10 do zajebistości.

Pomidorki

Pomidorki

I niech to sobie tak spoczywa i czeka na rosołek. Zawczasu niech garnuszek przygarnie kostkę masła.

Siedzimy, czekamy.

Siedzimy, czekamy.

Rosołek? Umówmy się, że to nie ma być rosół z kilogramem rozgotowanych, łykowatych warzyw, włażących między zęby.  Zjedzcie największą marchewkę, resztę włoszczyzny umyjcie (i obierzcie), a mniejsze marchewki pokrójcie. Tylko to, co pomarańczowe. Niepotrzebna jest nam w zupie finalnej pietrucha i inne paskudztwa. OK, pokrojone wrzucamy do wody (osobny rondelek), opcjonalnie dodajemy kostkę warzywną, doprawiamy solą i pieprzem (na mój gust pasowałoby też curry, ale lubczyk sobie darujcie) i niech się gotuje do oporu, hm, tak pół godzinki?

Kotsystencja do gotowania.

Kotsystencja do gotowania.

Wywarem zalewamy warzywka i mało w garnku głównym obiadowym. Masełko się topi i jest cudo. Gdyby rosołku nie wystarczyło, dolejcie wody. Całość na gaz! Niech się gotuje i przeżera.

Inwizibul rosół.

Inwizibul rosół.

Dobawianie czas zacząć. Kolejność: otwieramy puszkę z fasolą i wlewamy zalewę do gara (fasola idzie na sam koniec kolejki), wciepujemy koncentrat (nasz jest elementem folkloru kujawskiego, zacny wręcz), dodajemy nie więcej niż 5 cm kremu gulaszowego, bo ci ona jest potwornie ostrego (można go dostać na Węgrzech w każdym sklepie spożywczym, a u nas obejrzyjcie wysepki w galeriach sklepów typu Real czy Tesco, powinno się coś wykluć). I przyprawy: jeszcze więcej pieprzu i soli (ale do smaku) i sążnisty kawał bazylii. I niech się tak pichci.

Mr. Bean

Mr. Bean

Skoncentrowanie.

Skoncentrowanie.

Tak do smaku.

Tak do smaku.

Co na koniec?

Fasolka, która wcześniej po prostu by się rozgotowała, oraz topiony serek
(do całkowitej zagłady materii kleistej).

Topię się! Łaaa! - kwestia topionego sera jest niezmiernie ważna.

Topię się! Łaaa! – kwestia topionego sera jest niezmiernie ważna.

Nie zapomnijcie w międzyczasie ugotować makaronu. Świderki jakoś najlepiej mi tu pasowały. Teraz wystarczy dośmietanić i smacznego.

Dośmietanione, a nie widać...

Dośmietanione, a nie widać…

Egeszege wege?

Ponieważ obleśnie obleśna zima zbliża się nieuchronnie, trzeba by kilka słów o jej przeżyciu w zdrowiu i chorobie, w diecie i bez poczucia winy. Mija bowiem kolejny rok mego wegetarianizmu, który zdążył obrosnąć formą wyznaniową, a w oczach życzliwych – ciężką do zdrapania, lepką warstwą sarkazmu. Ale od początku:

Zima

 Jej zapasy obejmują kilka worków ziemniora (wszystkie doustnie podane mojej skromnej osobie), nasiona, strączki, orzechy, górę sera, makarony i, naturalnie, odrobinę warzyw, ryb i soi. Do tego czasem śmieciożarcie i jakieś pyfko, wiadomo. Jadam wtedy jak wszyscy, pięć/sześć razy dziennie, w tym dwa obiady i trzy podwieczorki. Podliczyłam kiedyś wchłaniane papu. Wyszło tego 5000 kcal*.

* - Ja też nie wiem, jak to możliwe: wskaźnik BMI to u mnie 20,8 - od liceum niemal nieruchomy.

Szereg zdarzeń

Nie od zawsze mam tak bujne życie kulinarne. Od dzieciństwa nie stroniłam od polskiej kuchni pełnej „świniaka, bawołu i kurczaku”. Przebłysków było kilka, choć za buntem niestety czyn nie mógł niegdyś podążać.

Mając lat dwanaście, przeżyłam traumę: zdjęcia oskórowanych lisów, radośnie konających na stronach BRAVO. Oczywiście był płacz. Z każdym czytanym zdaniem – coraz większy. Ta masa opisywanych zwierząt, ginących bez sensu na jakichś, często nielegalnych, hodowlach wygenerowała przeświadczenie w tym rozwijającym się, nadwrażliwym rozumku, że pewnie nie tylko zwierzęta futerkowe mają tak podłe życie z koszmarnym końcem. Ale rodzice mnie wtedy przegłosowali. I jakoś się po kilku dniach rozszedł ten płacz po kościach, tak samo jak wcześniejsza taka histeria (tamta wprawdzie, jeszcze przedszkolna, dotyczyła Małej Syrenki: „Mamo, a czemu ona chciała być człowiekiem? To bez sensu! Przecież lepiej być syrenką! Ja bym tak chciała żyć w morzu… chlip.” Dziecięca logika nieustannie zadziwia.*)

* - Gdybym dziś mogła być syrenką? Jeśli Rorq też dostanie syreni ogon i trójząb, idę w to bez namysłu! Oznaczałoby to przecież mieszkanie ogródek w ogródek z fokami!

Przeszło trzy lata temu temu wróciła, tak silnie zagrzebując się w szyszynce, że ciężko było to skrobanie zignorować. I przyszła kryska ma Matyska. Stałe łącze internetowe oznaczało przecież dostęp do filmów o hodowlach bydła i zwierząt futerkowych, fermach drobiu, nielegalnym handlu egzotycznymi zwierzętami, połowach i okaleczaniu rekinów; artykułów o masowym przetwórstwie, wyniszczaniu fauny morskiej etc. Cała masa bodźców, na które nie potrafiłam być obojętna. Bolało mnie serce , gdy widziałam urywki obrazów, gdzie truchła koników morskich sprzedaje się na ryneczkach w Azji jako durnostojki (że niby talizmany, taaa, trup w dom, bóg w dom), a na biegunie północnym harpunnicy mordują dla futer focze oseski (naprawdę ucieszyła mnie wtedy wieść o zakazie importu tego „cuda” na teren UE). Czarę goryczy przelał jednak prozaiczny rosół: w zasadzie kompilacja obrazów kurzych nóżek i gęsiej skórki na martwych, ugotowanych udkach.

Zmiany, zmiany, zmiany…

… moim skromnym zdaniem, należy zaczynać od siebie. Nie chciałam kiedyś przed samą sobą wyjść na hipokrytkę, która pouczając innych żyje, jakby w głowie miała tylko bezrefleksyjny kawał gotowanego kalafiora. To głupie strasznie.

A może by tak spróbować?

Wyrwawszy się przecież spod reżimu, miałam pole do popisu. Przestawianie się trwało tydzień, może dwa. W tym czasie musiałam zmierzyć się z pytaniami: Wegetarianizm czy weganizm? Czy skóra ekologiczna jest naprawdę eko? Jeść jajka i ryby? I czy soja jest jadalna? Wszystko się wreszcie wyklarowało.

Ad.1. Wegetarianizm gdyż ponieważ. Nie umiem zrezygnować z żółtego sera, bij zabij, chodziłam jak potłuczona, śnił mi się po nocach.
To zaś, na co jestem wyczulona to… słodycze. A jaśniej: żelatyna wołowa w nich pływająca. I tak zaczytuję się w lekturze głupiego jogurtu czy żelków. Może to wygląda na chore, ale skoro producenci nie znają pektyny, to ja się na nich wypinam.
Ad.2. Ha. Też pytanie! Pewnie, że nie, po prostu nie jest zwierzątkowa. Rozkłada się latami i zatruwa środowisko. Równie dobrze mogę nosić plastikowe torby. Ech. Jak wybrnąć? Obecnie zaczynam chyba już czwarty sezon z ulubionym „gestapowskim płaszczem”. Służy mi doskonale mimo swojej nieskórowości. I pewnie jeszcze kilka lat przed nim. Chwała klasycznym krojom a la Casablanca 😉 Z butami jeszcze się przepycham. Bo lepiej chyba mieć jedne dobre buty na lata niż co sezon kupować dwie pary szmaciaków…
Ad.3. Ryby to także kompromis, jadam tylko morskie, większa szansa, że nie spędziły całego życia w plastikowym, brudnym akwarium w sklepie rybnym albo, jak karpie, swych ostatnich dwóch tygodni w domowej wannie (w chlorowanej, niedotlenionej wodzie).
Jaja kurze mogę wchłonąć w dowolnej ilości, byle by nie były z chowu klatkowego. Im mniejszy numer na pieczątce, tym lepiej. A ponieważ rzadko stać mnie na coś lepszego niż „dwójki”, żrę je z umiarem (majonez także należało mocno ograniczyć).
Ad.4. Za cholerę. Chlubnym wyjątkiem uczynię kotlety niby że schabowe i tylko pod warunkiem wygotowania ich w rosołku warzywnym i obtoczenia w jaju od szczęśliwej kury, potem wiadomo, buła i smażenie. Ewentualnie jeszcze sos sojowy lub nasiona w chlebie pełnoziarnistym.

Ciekawostka…

Ludzie pytają zwykle: To co ty w ogóle, poza sałatą, jadasz? Ja wtedy mogę wymieniać przez godzinę.

Natomiast, co może dziwić w takim domu, Rorq jada, podług zaleceń dra Atkinsa, przede wszystkim mienzo. Faza I nie dopuszcza owoców, a warzywa skąpawo. I ja widzę ten jego wzrok, gdy wpylam sama michę sałatki. I zastanawiam się, czy nie dużo ciężej jest jeść niemal samo mięso niż całkowicie je wykluczyć? Chwała dozwolonej cebuli, tuńczykowi i oliwkom.

Dawniej

Z pewnością teraz żyje się inaczej niż w czasach komuny czy wojny. Mamy także inne podejście do jedzenia. Niegdyś wegetarianin był wytykany palcami za dziwactwo. Mięso było trudno dostępne, ale i z jeszcze żywym zwierzęciem obchodzono się inaczej. Zamiast ubojni mordujących na wielką skalę był sobie pan Mietek, rzeźnik. I wiedziałeś, że od Pana Mietka masz prawdziwe mienzo, a nie jakieś chemiczno-poprawiano-genetyczno nie wiadomo co. Ludzie na wsiach mieli swoje kury, dbali o nie, jedli rosół w niedzielę, nie wybijając drobiu w pień, nie okaleczając. Może jacyś pojedynczy sadyści. Dziś takich sadystów nazywa się dostawcami produktów (skrajnie odhumanizować i mamy gotową receptę na ewentualne wyrzuty sumienia).

Dawniej dzieci wiedziały, skąd bierze się mleko i pierze w poduszkach. Ludzie mogli być pewni, że z kilograma mięsa otrzymają kilogram wędliny (a nie pięć kilo). Dziś nie każdy wie, co oznacza zwrot: Mięso oddzielone mechanicznie.

Wegetarianie wychowywani DAWNIEJ mają stale poczucie niezrozumienia przez otoczenie. Gdy się zetkną z nieznajomym gotowym posłuchać o ich trybie życia, z miejsca się skarżą:

Nie jem mięsa od dwudziestu-paru lat. Ale nie wszyscy są tego świadomi. Gdy idziemy z mężem do znajomych, stale wciska się mi jakieś kiełbasy, pieczenie, kurczęce nogi. Mówią: Zjedz, spróbuj! Tyle się narobiliśmy. Jest naprawdę pyszne! Gdy odmawiam, i wspominam o wegetarianizmie, straszą mnie powikłaniami zdrowotnymi za pół roku, może rok. Jednak zamykają się w momencie, gdy dociera do nich, że jestem w zdrowiu z taką dietą niemal pół życia.

Mój mąż jest, stety lub niestety, mięsożerny, a ja obiady mu robię. Jednakże ma on tyle litości, by swoje ulubione flaki gotować wtedy, kiedy wyjeżdżam na kilka dni. Czasem nawet pamięta potem o porządnym wywietrzeniu mieszkania.

Dziś

Jest lepiej czy gorzej? W czasach powszechnego konsumpcjonizmu producent wychodzi konsumentowi naprzeciw. A skoro oczekiwany produkt ma mieć jeszcze zadowalającą cenę, trzeba coś „poświęcić”. W tej sytuacji olewa się humanitaryzm.

Czasem tylko, nie wiadomo skąd, przyjdzie moda. Tak jak np. na slow food czy kuchnię żydowską. Co ja na to? Lepsze to na pewno niż ten bezmyślny slalom po hipermarketach. Jednakże w kwestii zwierząt, zawsze będą to półśrodki…

DZIŚ mam szansę żyć zgodnie z własnym sumieniem. Bardziej niż kiedyś, choć i tak wiele mnie to kosztowało cierpliwości dla najbliższych.

W międzyczasie znów rodziły się pytania typu: Czy jem zupy na mięsie, ale bez mięsa? czy mam styczność z mięsem i czy mi brak tego smaku?

Otóż: #zupy na mięsie próbowałam jeść na początku. Jednakże żołądek się buntował, poza tym wszystko to, co się wygotuje, to jak w przypadku żelatyny wołowej, nadal jakaś część zwierzaka. Obecnie zupy jem jedynie w domu lub miejscach pewnych. Mąż nauczył się gotować najpyszniejsze w świecie zupy wegetariańskie, więc po problemie.
#Im mięso bardziej przetworzone (kiełbasy, gyros) tym mniej makabrycznych obrazów w glowie. Punkt z kurczakami z rożna to dla mnie gore. Rękami tykam sporadycznie parówki, w sklepie, przez plastik.
#Oczywiście, że brakuje! Bardzo lubiłam mięso i lubiłabym dalej, gdyby jak w Star Treku było syntetyczne, wegetariańskie. Czasem chodzi za mną spaghetti carbonara, a wtedy wystarczy zrobić duuużo sosu serowego i dobawić brokułem. Wystarczy dobra wola. Gdyby w naszej kulturze jadało się robaki, nie miałabym nic przeciwko. W końcu skoro jem ryby…

Bez zbędnych ideologii

Na co dzień żyję nie jak jakaś powalona eko-fanka. Nie zbieram makulatury (może to przez paranoję, że z dokumentów jakiś ktoś może zrobić niecny użytek?), ale mam manię kompresji każdego kartonika butnie lub kapciowo i nie zakręcania plastikowych butelek pełnych powietrza. Ekologiczne pędzle do makijażu mam nie przez wzgląd na bambusowe rączki i metale z odzysku, tylko dobrą jakość i sztuczne włosie (bo nie dałabym rady się oszukiwać, że ten sobol to dobrowolnie dał sobie zgolić włosy i nikt go nie skórował). Chętniej kupuję nietestowane na zwierzętach kosmetyki i śledzę tego rodzaju firmy, ale nie jestem gotowa oddać im kilkuset złotych. Może i mam kuku na muniu, ale umiar zachowuję.

Kolejne domorosłe przemyślenia taplające się w relatywizmie. Może palnąć sobie w łeb? Lepiej zjem ziemniaka.