Paździerz za oknem.

Ta, jesień. Szkoła jeszcze w konsystencji przypomina kisiel truskawkowy, więc laszczy się człowiek godzinę, opcjonalnie dwie, żeby pobyć sobie na uniwersytecie dwadzieścia minut, wliczając w to kawę*.

*W tym miejscu należy bezwzględnie zaznaczyć, jakoby nie była to zwykła, jakaśtam kawa siorbana pośród plebsu. Kawa z Olą to rytuał. Oczywiście ja pijam coś przypominającego latte, Oleńka zaś dziwną substancję złożoną z pół litra mleka, kilograma cukru i posypaną odrobiną kawy rozpuszczalnej. W szkole zaś trzeba posiłkować się Lavazzą z automatu (mam wrażenie, że podwójne mleko jest tam tylko w nazwie); następnym krokiem jest Okienko Szalonego Sklepikarza (czasem nawet nie trzeba już rzucać formułką: „dwie śmietanki i trzy cukry”). Wszystko jest wtedy fajnie do momentu, aż przypomnimy sobie, że Szalony nie dał przecież mieszadełka^.

^ W tym roku Ola spełniła jedno ze swoich dziecięcych marzeń – znalazła w markecie imponujących rozmiarów kolekcję cienkopisów we wszystkich kolorach tęczy i nie tylko. Tak więc przyszła kryska na żółtego statdlera, występującego w roli smukłej łyżeczki. Kolor i tak kiepski do robienia notatek, zaś, pozostawiony w kubeczku, oko wykoleć** może wyśmienicie.

** Do tej pory prześladuje mnie jeden taki obraz z dzieciństwa, kiedy to, na skutek osobliwych żartów Vladisa (zwą Go także ojcem), wrył się bardzo mocno w moją podświadomość. Łyżka w gałce, albo lornetka z widelców, o zgrozo!

Mój licencjat wisi na grubym sznurze z liścikiem: „Nie jem, nie śpię, trzymam kredens”. Pokrótce chodzi o to, że jak pozwolą na zmianę promotora, Sekta Dyskordiańska, Którą, Przez Wzgląd Na Poprawność Polityczną, Lepiej Nazwać Kościołem, obdarzy mnie łaską Bogini Eris. Chaos przyciąga chaos, więc trwam przy nadziei.

Z nowości pozaużywkowych: leczymy Basila Fawlty’ego. Ma jakieś drożdżaki w uszach. Więc tak myjemy, watujemy, zakrapiamy mu te uszy. Mimo paktu o nieagresji, w jego oczach rodzi się nienawiść.

Ma być relacja z ElectroHead’a, wiem. Zbieram siły. Jutro w audycji Jean-Luc de Meyer, ech. Już się cieszę…

P. S. Po niemal pięćdziesięciu wpisach znalazłam w opcjach justowanie. I jak się nie wściec?

Krzyże, Jezuski, cuda na patyku, czyli o domorosłych patriotach

Jedni krzykną – wandalizm! Inni się zaśmieją na widok takiego oto znaku „nasprejowanego” na jednej z zielonogórskich kamienic (przy gazowni). Mnie ten głos narodu skłania do refleksji.

Uwielbiam pławić się w obłudzie. Jak każdy. Zwłaszcza wtedy gdy chodzi o religię czy politykę.

Nieważne, że nie jestem wierząca, a o polityce nie mam zielonego pojęcia. Zawsze przecież jest dobra pora, by ponajeżdżać na bezsensowne ustawy, posłów-złodziei, księży-pedobearów-złodziei…

Oczywiście, jest sobie taki Świebodzin, który ducha w narodzie krzepi pomnikiem Aragorna. Jeny, gdy się o tym dowiedziałam, to aż mi skarpetki z nóg pospadały! Całe szczęście, że głodni bezdomni najedzą się samym patrzeniem na wyrzucone w świebodzińskie błoto pieniądze. Sama radość. Nie jestem na bieżąco, ale jeśli już nie ma tam drugiego Lichenia, to pielgrzymki są tylko kwestią czasu.

Był też krzyż. W Warszawie. Od harcerzy. Wzięli, schowali (skąd youtubowe remiksy).

Bitwa o…, no właśnie, o co? Pietruszkę? Lepiej przecież zająć się głupstwem niż – o – na ten przykład obejrzeć obrady sejmu… Ale co ja tam wiem?

Uwielbiam też udawać, że jestem patriotką. Przecież flaga z kirem wystarczy, prawda? Albo okupowanie Pałacu Prezydenckiego z głodnymi kawałkami na transparentach, ech. Dręczy mnie tylko jedno pytanie: Jak możemy uważać się za patriotów, gdy nawet nie mamy szacunku do siebie? Zapomnieliśmy chyba, czym jest godność osobista, skoro potrafimy na arenie międzynarodowej kreować wizerunek zdewociałych, zaściankowych buców, zacietrzewionych w jakichś absurdalnych poglądach.

Nie lepiej byłoby dbać o język polski, poznawać rodzime zabytki, albo podejmować konstruktywne działania (wolontariaty, schroniska, projekty unijne)? Polska nie kończy się chyba na przyjmowaniu sakramentów św. „na pokaz”, albo na bezproduktywnych dysputach o „wielkiej polityce” (btw – wiesz lepiej – zostań politykiem, zbierz podpisy pod swoją petycją). I na biadoleniu, że źle.

Co ode mnie?
Świebodzin nie uświadcza mej skromnej osoby. I nie rozwodzę się nad sprawami, o których pojęcia nie mam. Na pytanie, czy czuję się patriotką, odpowiem we własnym sumieniu.

Teraz Wasza kolej.