Kraków z przełomu roku

Wiem, wiem. Wielka mi tam cyna. Kraków. Zaraz usłyszę pewnie głosy w stylu: „Że też się Wam chciało…” Z tym, że ja ostatni raz w Krakau byłam jakieś trzynaście lat temu (bodaj odwiedziłam wtedy dworzec i sukiennice, pierwszy raz widziałam na żywo Azjatów, co nie zmienia faktu, że był to dziwnie chrześcijański okres w moim życiu o.O).

Jakie wrażenia? Zajebiste fajerwerki, zajebisty sklep z misiami i zajebiście z-z-z-ziiimnooooo! (grypa była w pakiecie) Ale żeby nie przedłużać, pierwsza część zdjęć:

Z Agą

Z Agą

Wawello

Wawello

”]”]Słit focia  [z Fokką nie mylić!]
Balon - Rorq'owa faza maniakalna

Balon - Rorq'owa faza maniakalna

fot.: Rorq - Butybutybuty.

fot.: Rorq - Butybutybuty.

Jeden z miliona kościołów.

Jeden z miliona kościołów.

Shari i Smok - seria: wzornictwo.

Shari i Smok - seria: wzornictwo.

Chorągwie (skąd i po co?)

Chorągwie (skąd i po co?)

A gdzie to?

A gdzie to?

Misie!

Misie!

I jeszcze trochę misiów.

I jeszcze trochę misiów.

To samo ujęcie przed i po północy :3

To samo ujęcie przed i po północy :3

Krakau nazajutrz

Krakau nazajutrz

Gupie miny...

Gupie miny...

... rzut czapajewem od dworca.

... rzut czapajewem od dworca.

A ponieważ wszyscy lubimy podróżować metrem...

A ponieważ wszyscy lubimy podróżować metrem...

Rorq wyprofilowany

Rorq wyprofilowany

uwagi do materiałów archiwalnych:

1. nie jestem zbyt dobra w robieniu dzióbków na zdjęciach, za to wyszczerzyć mogę się ZAWSZE

2. dzieło pt. Shari i Smok objęte zostało standardową licencją i kopiowanie jest zabronione (rozpowszechnianie dozwolone wyłącznie w kształcie wielkoformatowych wydruków na drukarkach igłowych)

3. jeśli jeszcze kiedykolwiek pojawią się nasze filmy na YT, dostępne będą tylko na blogu (ograniczony dostęp)

4. przysięgam uroczyście, że nienawidzę zimy

5. święty mikołaj mówi, że was okłamałam – metro krakowskie NIE ISTNIEJE.

Au-to-bus-ro-bi-brum-brum-bruuum!

Jakże ja nie cierpię. Pociągi, jak już wiecie, po szalonej wyprawie na Hel, przyprawiają mnie o skręt kiszek. Niestety, wcale nie lepiej jest z naszą boską komunikacją miejską.

Choćby dziś, studium neurozy. Wsiadłam z zakupami. Bo sklep tani, a my ostatnio jakoś nie rzygamy pieniążkiem. Torba ciężka, bo i książki z uczelni i szpinak na obiad, jakieś frygi drygi. Ale ziemniory w ręce, z dala od bogu ducha winnych człowieków. Czekam na śmierdzącą ósemkę; wcześniejsza mignęła mi przed nosem. Luz. Czekam.
Czekam.
I czekam.

Jest wreszcie. Z braku starych babć w zasięgu wzroku, wpadłam na karczemny pomysł, by zająć ostatnie wolne miejsce. Młodzież rozlana na krzesełkach, to i ciężko się wcisnąć „do tyłu”. Obok jakaś kobieta. Nie żeby specjalnie stara. Torba, po zaklinowaniu się między chłopaczkami i ich smartfonami, nabrała energii kinetycznej, lekko szturchając babkę. Przeprosiłam.

Koniec? A gdzie tam?!

Po dłuższej chwili człowiek się odezwał. Że walnęłam ją w operowaną rękę i żebym uważała. Przeprosiłam raz, przeproszę drugi, co mi tam. Z całego serca (nie wietrzcie podstępu).

I co? I wkurw w jej oczach, z wyrachowaniem sączony w moją stronę. Do tego sekwencje skurcz-rozkurcz w łapie. I ten wzrok i skrzypienie stawów.

Wielkie mi co dostać szpinakiem. Prych.

Tylko, ja się pytam, skąd niby miałam wiedzieć, że lekka stłuczka narobi takich „szkód moralnych” prukwie? Żeby była jasność: nie było odblaskowego trójkąta ani temblaka, ani nawet świateł postojowych, no nic.

Przesiadłam się wreszcie, bo złe fluidy tylko wzbudzają we mnie agresję. I czekam aż wysiądzie, żeby nie piorunować mnie tym zbolałym wzrokiem. ALEŻ SKĄD?!

Wysiada zaraz po mnie, na końcu, na tej zasranej pętli. I lezie za mną. Odbijam i włażę w osiedle. Ona także.

To dawaj, rura w długą z tymi ziemniorami przez osiedle, by już tylko być w domu, bo babsko lezie jakoś blisko mojej klatki, ciągnąc łapę za sobą. Żeby to tylko nie była moja sąsiadka…

Niestety, marne szanse.

Jak choćby na to, że zaburzony menel nie wlezie do tego samego autobusu i nie zacznie bezczelnie capić na cały autobus wózkiem ze śmieciami. Tamta ytuacja była przynajmniej zabawna:

Otóż moi miałam katar, a połowa pasażerów w jednym momencie (jakby na hasło: „A teraz Meksykańska Fala!!!”) wstała, przetoczyła się na drugą stronę MZKi i wcisnęła nosy w szybę drzwi. Bydlęta słaniają, że niby od smrodu. Ja natomiast mogłam z czystym sumieniem zaintonować złośliwostki nagonkowe ku żulowi. Ach! Żyć nie umierać.

Rorq coraz częściej pyta, czy dostanie skuter pod choinkę.

Biorąc pod uwagę właśnie głupie miejskie autobusy, ten pomysł jest powoli zdaje się być coraz lepszy, nawet jeśli straszyć nas mają boskie nawierzchnie…