„To nie w moim stylu”

Dziś loża szyderców w kolorze kawy z mlekiem.

Na początek obiecana kompilacja okien wystawowych dla Oli[1].

Burberry i Andrassy utca w tle...

Burberry i Andrassy utca w tle...

... taka długa ulica i ani jednego lumpa...

... taka długa ulica i ani jednego lumpa...

Taaa, z rzeczy przyjemnych byłoby na tyle.

Przyszła wreszcie pora na odreagowanie miłego sezonu grypowego. Wyżywka estetyczna.

Cytat wieszcza: To nie w moim stylu!

Jeśli komukolwiek tytuł wydał się „od czapy”, to zaraz tłumaczę. Tekst ten w ustach niektórych osób jest po prostu palce lizać. Uwielbiam patrzeć na istoty amorficzne w swetrach z golfem (kolor sraczkowaty, że niby neutralny, w kłaczki i zacny splot warkoczykowy), w dżinsach przecieranych domestosem i z pozłacanymi kolczykami z cyrkonią w uszach, epatujące taką głębią przekazu, jaką to nieśmiało zamieściłam powyżej.

Być może sama jestem karykaturą dobrze ubranej kobiety, być może brak mi zwyczajnie piątek klepki, ale jestem zdania, że człowiekowi z wrodzonym brakiem stylu i/lub poczucia estetyki nie przystoi publiczne wygłaszanie takich „złotych myśli”. I już.

Świadoma jestem braku prawa czy obowiązku do oceny innych ludzi. Oczywiste jest też, że takimi wpisami nie przysporzę sobie przyjaciół, a do tego narażę się na drwiny, że „modowa ze mnie wyrocznia”. Srali muchi, będzie wiosna.

Naprawdę nie doceniamy tego, że nie chodzimy w burkach i sari (szmata typu worek na śmieci). Mamy (przynajmniej pozorną) wolność wyznania i swobodę w wielu kwestiach, także kwestii ubioru. Ale nie, nie wykorzystujemy tego i się na siłę oszpecamy. To naprawdę taka fajna rozrywka?

Pokłońcie się, HIPSTER idzie!

A to już zupełnie inne przegięcie pały. Nieco innowacyjne, odrobinę homo i ogromnie pozerskie.

Gdy kilka miesięcy temu spotkałam się z tym terminem dopasowanym bodaj do Toli Szlagowskiej (świećże pan, panie nad jej duszą). I nie za bardzo dotarło do mnie wtedy, o co zacz. Bo jeśli oznaczałoby to ubieranie (i, co gorsza!, malowanie się) po ciemku, to wszystko gra. Czy na pewno?

Definicja wikipedyjna:

Hipster – slangowe określenie używane do opisania młodych dorosłych i starszych nastolatków z klasy średniej, interesujących się głównie muzyką indie rock, a także filmem niezależnym, magazynami typu Vice i Clash i stronami internetowymi jak Pitchfork Media. Hipsterzy byli nazywani też scenesterami.

Łał. Tyle trudnych nazw. Więcej merytorycznej treści niesie ze sobą Nonsensopedia, której nigdy bym o to nie podejrzewała…

Czas na retrospekcję:

     Nauczona przez Mamę za lat szczenięcych jednej z mądrych, życiowych maksym, w tym wypadku (tu pozwolę sobie na wolne tłumaczenie) „Nie bój się być sobą i nie małpuj po nikim! Jeśli wszyscy wyglądalibyśmy identycznie, na przykład jak Ken i Barbie, to na świecie byłoby naprawdę nudno…”, trawiłam małym rozumkiem przez długie lata. Gdy doda się do niej inne, dajmy na to: „Podążaj za swoimi marzeniami” czy „Rozwijaj talent i wyobraźnię”, dostaniemy potężnego kopa do rozwoju na cały okres dojrzewania. U mnie ten impuls wszedł w muzykę, plastykę i eksperymenty (różne; dobre, spod szyldu sztuki wysokiej i te gorsze, ubraniowe). Gdyby na moment zapomnieć o nadwrażliwości, dostajemy człowieka typu kobieta w dziwacznych ciuchach i biżuterii, często „po babci”, z fryzurą własnej roboty i z przeświadczeniem, że to, co modne i typowe, jest dla plebsu/snobów i w ogóle FUJ.
Z czasem krzywe spojrzenia innych napawały dumą, nie speszeniem.

Jak dla mnie – niemal typowa, współczesna definicja hipsterki.
Tamto działo się prawie dekadę temu. Czyli na długo przed tą tzw. nie-mainstreamową nie-modą na hipsterów.

Teraz jest podobnie, może z takimi różnicami, jak to ciuchowe wariactwo już troszkę wyrobione oraz namiętny romans z wegetarianizmem. Od porównań do hipsterów nie mogę się odciąć, więc czemu tak mnie głowa boli, gdy o tym piszę?

Przez to, jak wygląda to w praktyce:

*szanujący się hipster nie nazwie się hipsterem;
*nosi ultramodne kujonki (przy czym dioptrii nie stwierdza się), udając, że są staroświeckie;
*łazi (K) z kokiem na czubku głowy, model: cebula, najlepiej z kwiatkiem wczepionym w bok tłustej głowy; dla mnie na zawsze zostanie to fryzura a la sobotnie porządki;
*lub (M) z metroseksualną zaczeską na oczach lub karku, gdy na czubku głowy deficyt;
*wkłada trampki, ale nie że takie, co ich pełno na mieście w koszach z butami, tylko inne, przecież widać, takie łał, zupełnie niemodne;
*łączy ładne z brzydkim, brudne z czystym [no, ja wykituję zaraz od spazmów] plus smartfon do tego.

Lipton ajsti po prostu. Przecież wszyscy w takim układzie wyglądają podobnie, mają odbite na ksero pokaźne listy zainteresowań-i-jest-lans. W notacji przedszkolnej należy się za to wielka, smutna, emo-chmurka.

Naciągane indywiduum, phi.

Serio serio: ogromnie wdzięczna jestem bogom, że nie muszę nikogo grać.

Amen.

[1] Wiem, wiem, mało Oli w tym wpisie. Ale to przecież typowy obraz rozmów na ławce przed uczelnią z kubkiem niemiłosiernie słodkiej kawy w dłoni. To niby z kim te rozmowy? Ze świętym tureckim?

Lans w stylu vintage

Ech, był taki czas, gdy Christina Aguilera nie miała pomarańczowej karnacji i robiła fajne teledyski:

Beyonce lubię bardziej. A ten teledysk to klasa sama w sobie:

* Gdyby kto pytał: ostatnimi czasy często bywa, że jak tak ponasiąkam ładnymi retro lookami, snuję się po chacie tak długo, póki nie zrobię z siebie kobietki żywcem wyjętej z lat czterdziestych…

O tym, jak moda ma się do stylu

A bo ja wiem? Chyba nijak. Często zauważam, że ludzie mylą te pojęcia. Bo skoro już moda, to na pewno haute couture.

„Takie odjechane i na pewno niewygodne”. Cóż, gdyby tylko się o wygodę rozchodziło, w stroju weekendowym (charakteryzującym się dresowymi bluzami i strasznie spranymi ciuchami, na dodatek może jeszcze „kociomamowe” kapcie) wychodzilibyśmy do pracy, na uczelnię, imprezę. A jednak dzieje się inaczej…

Myślę sobie, że w modzie było już wszystko: poduszki na ramionach, spodnie-dzwony, etc. Teraz, dzięki mediom robiącym kawał dobrej roboty, zwraca się uwagę na dopasowanie stroju do walorów sylwetki. Prócz tego – wszystko już było. Więc powracamy do trendów sprzed lat. I co dalej?

Ano, można, wbrew lansowi, pójść w szeroko rozumiane „kolażowanie” (neologizm Rorq’a). I w ten sposób zacząć tworzyć swój własny styl. Powybierać elementy, które są fajne i potrzebne (kopnijcie mnie w żopu, jeśli się powtarzam!). I powkładać się do Formy Stylu na kilka sposobów: analizy kolorystycznej, określenie typu sylwetki i dopasowanie fryzury do rysów twarzy.

Można się oczywiście na to kulturalnie „odlać”. I dać sobie przyzwolenie na bycie „nieforemnym”. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto nie ma własnego stylu? Normalnym?!

Ha! Skoro tak, to kreowanie stylu przyporządkowuję do działań artystycznych; bo czemu nie? W końcu to nie lada sztuka!

Artysta absolutny, jak Björk na ten przykład, ma spójny pomysł na siebie. Spójrzcie:

Wygooglajcie sobie jej foty. Warto.

Określanie występuje na wielu płaszczyznach i wielokierunkowo. Mamy więc i subkultury (o wybranych szerzej – inną razą!), i vintage, i klasykę także nadającą się do kosmetycznych przeróbek…

Pokombinuj. A potem ubierz się tak, by wyrazić siebie. Ubierz się też w zapach.

I tu można kreatywnie podejść do tematu; spotkałam się ze stanowiskiem, że różne typy urody mają „swoje zapachy”. Mi jednak bardziej wygląda to na bardzo osobisty dobór, bo o gustach się nie dyskutuje.

A czemu moda i styl łączą się ze sztuką? Po obejrzeniu poniższych tak mnie jakoś naszło.

Oto reklama Chanel N°5 z przecudną Nicole Kidman:

I jeszcze jeden ładny obrazek – spot o nieistniejących perfumach (hm, od razu ciekawi zapach, co?):

Do następnego.

Najpierw tak: