Pociągowy tygiel kulturowy

Black Pearl (a komfort podróży zbliżony do polskich kolei…)

Wpływamy na grząski temat Polskich Katastrof Pociągowych, Tudzież Lichej Komunikacji. Los chciał, że przez ostatnie trzy miesiące w pociągach spędzałam czwartą część czasu i przebywałam prawie tysiąc kilometrów tygodniowo. Jako istota aspołeczna, siłą rzeczy poznałam w podróży mnóstwo ludzi, nie tylko z Polski, ale i innych zakątków świata.

Gdy podjęłam decyzję o dojeżdżaniu z warszawy do Zielonej Góry na studia dzienne od osoby życzliwej usłyszałam, że to bzdura okrutna i wreszcie przyjdę do niej z podkulonym ogonem i przyznam jej rację. Ha! Tu się zgina dziób pingwina.

Polaków nigdy nie pytam o imiona. Tak się jakoś złożyło

Zaczęło się od skacowanego kibica Lecha Poznań (w ogóle nie było widać, ani ciut), który nie pamiętał nawet, jak i kiedy wydał kupę kasy, całe jego jestestwo odparowywało wódą. Zagadałam, bo lepszy znany kibic od nieznanego i wściekłego. Po jakimś czasie dosiadł się Pan z filharmonii, muzyk rzecz jasna. O dziwo, mamy wspólnych znajomych. On także kursuje często na trasie Wawa-Zielona. Dał mi nawet nadzieję, że usłyszę go w przyszłym roku na Warszawskiej Jesieni. No, może. Pana kibica tymczasem ogromnie znużyła nasz trash-talk na poziomie i zagadnął nas, czy my lubimy/chodzimy/tańczymy w dyskotekach. A znasz dyskotekę w Zielonej, taką co się nazywa H.? Jego przekrwione oczy zasnuły się w połach ściągniętych brwi, gdy usłyszał moją odpowiedź, pozbawioną najmniejszych emocji: Znam i gardzę.

Połączenia kombinowane z przesiadkami w Poznaniu i czasem w Kutnie, często niosą z sobą poczucie zmarnowanego czasu, ale znacznie częściej głupawkę…

„Te frytki nic nie znaczą!!!”

czyli tekst idealny na memy. O co zacz? Przesiadka w Poznaniu, TLK relacji Szczecin-Lublin z rezerwacją miejsc. I zwykle do Wawy Centralnej to ludzi jest naszprotkowane jak w konserwie. Tym razem pustki. w moim przedziale tylko jeden chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wniósł był sobie do pociągu kartoniki fastfudowe sztuk dwie, kurą walące i wszelkim pięknym, chrupiącym ziemniakiem. Ale ja jestem przecież ponad to i koncernami typu KFC się brzydzę, weź pan idź z tym w cholerę. Usiadł naprzeciw mnie i przyjmuje te nogi drogą paszczową. Na moje rzucone z przekąsem „smacznego”, wyprostował się zmieszany i proponuje:

– Gdzie moje maniery, ja się podzielę! Może frytkę?
– A gdzież tam, phi, frytkę. Smakowe to to, wyborne, ale nie, nie będę pana szanownego objadać z ambrozji.
– Dwie rzeczy: nie jestem pan i mam dużo, o i keczup odstąpię. Sam nie będę jadł.

Będąc świadomą praw i obowiązków małżeńskich, poczułam się do SMSowego zdania relacji memu Lubemu. Odpowiedź: Kopnę go. Frytki, tak?! Kopnę… Odpowiedź: Te frytki nic nie znaczą : )

Inna sprawa, że ten usmażony kawałek bulwy był pewnego rodzaju przełamaniem lodów. Nagle rozmawialiśmy o młodych, aspirujących piłkarzach, których rzeczony właściciel frytek trenował, a także o moim życiu: miłości do kotów, fok, podróżach na Hel, neofickiej miłości do lam, o głupawce a la mecz kocio-foczy z lamami na trybunach, robiącymi meksykańską falę (w wyuzdanie wyszukany sposób). Nie wiem nawet, jak to się stało, że o moim stanie cywilnym dowiedział się PO oddaniu mi części frytek.

Czarny kontynent

Jeszcze wiele czasu minie, zanim Polacy pokonają swój rasizm i ksenofobię. O ile jeszcze Azjaci nas w jakiś sposób intrygują, to Arabów i Murzynów po prostu się boimy. Na szczęście świat się zmienia. Podczas pierwszej wycieczki po mieście stołecznym, ogromnie radującym widokiem był czarnoskóry kierowca autobusu. Czyli jednak już centralna Europa, hm?

Znów pociąg do Warszawy. Zaszprotkowany. Miejsce, które zajęłam z czystego wyrachowania, było jednym z niewielu wolnych. Obok czarnoskóry, młody chłopak. Łypaliśmy na siebie; nawet nie wiedziałam, czy w ogóle i jak zacząć rozmowę. Przecież istnieją jeszcze ludzie, którym podróż w ciszy jest największym skarbem. Jestem taka jak reszta Polaków, pomyślałam, patrząc na chłopaka, gdy z głowy nie chciała wyjść jakaś piosenka śpiewana za dzieciaka w stylu:

Ale odezwał się pierwszy, po polsku, zapytał, czy nie za zimno przy tym otwartym oknie. Tak zaczęliśmy rozmawiać, po minucie przechodząc na angielski (tak, tak, mój nieużywany, łamany niemieckim angielski), bo Tobiemu brakowało słów (na moje nieszczęście mówił po angielsku bardzo cicho). Tobi, jak się okazało, pochodzi z Nigerii i studiuje w Warszawie od trzech lat. Nie mógł pojąć, po co studiuję polonistykę, skoro znam język polski. Niecodzienną dla niego była moja odpowiedź, że nie chcę i nie będę uczyć w szkole, a zależy mi jedynie na poszerzeniu horyzontów (powiedz to po angielsku, którego de facto nie znasz, ha!). Gdy dowiedział się, że jestem mężatką przyznał, że za dwa miesiące bierze ślub w Bydgoszczy. Naturalnie przekonywałam, że w tym mało urokliwym mieście najważniejsze do zwiedzania jest przepiękne Stare Miasto. On z kolei był przekonany, że pierwsze pięć lat małżeństwa to… ciekawy okres, a potem jest coraz lepiej. Gdy się żegnaliśmy, życzył mi wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, po czym na mej twarzy wystąpił rasowy uśmiech numer pięć.

Jak o Nigerii nie wiem właściwie nic, tak Egipt kojarzę z piramid, sfinksów, kultu kotów i bogini Bastet, papirusu i Islamu. Czyli wiem tyle, co nic. A skąd w tej opowieści Egipcjanie? A z Poznania.

Być może część z Was wie o barze w przejściu podziemnym z Nilem w nazwie. Tam właśnie pracuje Syryjczyk i trzech Egipcjan, w tym Aśraf. Kilka razy zabierałam się już, by zagadać, ale chyba brakowało mi odwagi. Tym razem było spokojnie, nikt nie przeszkadzał w rozmowie po polsku, mogłam zapytać o traktowanie kobiet w muzułmańskim kraju i tym podobne. Dowiedziałam się, że Aś ma żonę Polkę, katoliczkę, ale namawia ją na zmianę wiary, bo wg niego gdy pojawią się dzieci, ich =życie będzie lepsze i łatwiejsze. Podobno nie nalega dlatego, ze chciałby odziać w burkę. Przy okazji uświadomił mi, jak on sam patrzy na zwyczaje w Polsce: jego zdaniem jeszcze do niedawna polskie chrześcijanki chodziły w hijabie. Tak samo przecież Matka Boska miała na sobie stale hijab. Niesamowitym wydają się tak daleko idące wnioski. A może jednak coś w tym jest? Dziś na YT można znaleźć kilka vlogów chrześcijańskich kobiet, które z własnej woli noszą hijab, czy też w ogóle zakrywają głowy.
Nie mogłam nie zapytać o to, dlaczego, skoro Islam jest taki cudowny, to nie można odżegnać się od wiary i kobietom uciekającym od mężów odcina się nos i uszy, albo oblewa je kwasem. Aśraf westchnął i odrzekł spokojnie, że Zachód od zawsze tak pokazuje jego wiarę, karmi swoje ego, wynajdując złe i nieliczne przykłady bestialstwa. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to przecież chodzi o ropę, a „turban i broda” to teatr tworzony na potrzeby Zachodu.
[Potwór USAński być głodna wszak. Nawracać, wyprawy krzyżowe robić, o, tak tak! Pokłosiem są wojny na niemal całym Bliskim Wschodzie. Ale nie całym. Nie w Syrii. Czy to nie dziwne, że tam ropy nie stwierdza się?]
Ta godzina z zapiekanką w ręce bardzo dużo mi dała. Usłyszałam, jaka to wielka szkoda, że przypuszczalnie jestem tam ostatni raz w tym roku. Fajnie byłoby jeszcze kiedyś tam zajrzeć. Salam alejkum, Aś.

Akcent bez związku z Euro 2012

Lidia mieszka w Polsce, a jej ojciec pochodzi z Ukrainy. Ona sama czuje się Ukrainką i traktowana jest jak osoba z mniejszości narodowej. Uczy się języków: polskiego, ukraińskiego, rosyjskiego, niemieckiego i z wszystkich mogłaby pisać maturę. Za to w ząb nie kuma angielskiego. To dziewczyna bardzo młoda, szczera, otwarta. Poznałam ją w trakcie ostatniej podróży z Zielonej Góry, gdy wybierała się na imprezę (bo żyje, o zgrozo, od imprezy do imprezy :)). Nie zauważyłam między nami specjalnych różnic kulturowych, a do siebie podeszłyśmy z dużą dozą tolerancji. Okazuje się, że gdy człowiek przypomni sobie, że każdy wiek ma swoje prawa, to z ledwo poznaną osiemnastolatką można sobie pogadać. I zaczyna zamiast różnic widzieć same podobieństwa, jak choćby brak zapału do j. angielskiego, krnąbrna, niepokorna natura czy Druga Połówka starsza o dekadę. Na pytanie, czy nie doświadczyła nigdy ze strony Polaków przykrości (bo nigdy nie ukrywa pochodzenia i przynależności), rzekła, że przecież ona toleruje wszystkich i oczekuje tego samego. A jak się nie podoba, idzie w swoją stronę. Ogromnie bezproblemowo. Pomogłam Lidii znaleźć w Poznaniu peron 4b (a nie 9 i 3/4, choć był tak samo schowany), wymieniłyśmy się telefonami. Ma dzwonić, gdy zawita na imprezie w Wawie.

Wołem pociągowym bywam…

gdy chcę pojechać na koncert, do fokarium, gdziekolwiek. Bo taniej. Oczywiście nie uśmiecha mi się jazda w ukropie, uff, ukropnie wielkim. Po każdej takiej jeździe z jednej strony klnę, na czym świat stoi, że to już ostatni raz, i fuuu, i że nie chcę, a z drugiej cieszę się, mogąc rozmawiać z ludźmi. Ma co dzień nie jest to takie łatwe – zatwardziałą domatorką będąc.

Kilka dni temu poznaliśmy z Rorq’iem w powrotnej TLK z Gdyni wielką fankę Björk i strzyżenia zwierzy szczekających. Dzięki rozmowie z nią dowiedziałam się o filmie z Islandką, którego nigdy nie powinnam oglądać oraz tego, że głupim pomysłem jest zostawanie zootechnikiem (by zostać hodowcą lam w Peru) przy tak doskwierającym wegetarianizmie. Nauczą Cię, jak oporządzić świnię, ale nic o lamie lamówkowej. Ani słowa.

Co więc z tą naszą ksenofobią?

Ogólnie ujmując. Podobno wszyscy Polacy to ukryci antysemici. Ja ostatniego Żyda spotkałam bardzo dawno temu. Zdenerwował mnie wtedy, spieszącą się na zajęcia w PSM. Gawędził, co też mu się wydaje, jakieś strasznie bzdurne bajania o życiu w stylu: wszyscy mówią >>studiuj<<, a przecież studia nie uczą niczego dobrego; wolno spóźniać ci się na zajęcia cały kwadrans, więc studia uczą jedynie lenistwa. Wybaczcie, ale jak na moje ówczesne standardy były to bzdury. Poza tym nie miałam najmniejszej ochoty wędzić gościa w piecu. Czy mimo to jestem antysemitką? Ech.

Niechęć za to faktyczną czuję do Cyganów. Bez względu na to, czy to wina propagandy, że Cygan przyjdzie do ciebie, okradnie i spali dom, czy raczej ogólnego, zionącej z tej nacji cwaniaczkowatości. Dzieci nie są posyłane do szkół, kobiety są służącymi i żywymi inkubatorami, ale wszyscy jak jeden wyżelowani i obwieszeni złotem. Co robią, gdzie pracują? Nic i nigdzie. Brrr! Pozytywami są tu: piękna muzyka i ogólna muzykalność tych ludzi i umiejętności wróżbiarskie (jak chcecie, ale mnie tam ezoteryka jara całkiem całkiem).
A może ta niechęć do społeczności romskiej jest jakąś traumą wyniesioną z małego miasteczka, w jakim się wychowywałam? A nuż będzie okazja przysiąść się do jakiegoś Roma w pociągu i te traumy pogubić?

[Małomiasteczkowe dziadostwo to temat na zupełnie inny wpis; na razie niech będzie zmasakrowany Bursa jako trailer; słuchacie na własną odpowiedzialność]

W tym miejscu chcę podziękować Basi (azjatyckicukier.com), która stała się dla mnie inspiracją do poznawania innych kultur, tchnęła we mnie odwagę, by zagadywać, pytać, dowiadywać się i wyzwalać się od utartych schematów i stereotypów.

Star Trek: The Next Generation

Dzisiaj żadnej recki, po prostu opowiastka o koszmarze gwiezdno-wojennym, bardzo ludzkich robotach z BSG i o byciu fanem Star Treka bez bycia Trekiem, oraz o moim osobistym, pierwszym kontakcie z Betazoidami, Klingonami i załogą statku klasy Galaxy.

Szczerze mówiąc, po traumie a la Gwiezdne Wojny, z bólem przychodziły mi myśli, jako bym kiedykolwiek jeszcze zaufała filmom bądź serialom sci-fi. Rorq zaczynał baaardzo delikatnie przekonywać, najpierw do Battlestar Galactica, dużo później zaś do Star Treka. Tu pokrótce o wrażeniach z każdej z serii.

Gwiezdne Wojny

Było to z sześć lat temu, gdy pomału wkraczałam w dorosłość. Okres nazywany poprzednim życiem. Niemniej, jako człowiek typu kobieta, do tego nieprzyzwoicie młoda, średnio interesował mnie Darth Vader z zaawansowaną astmą, plastikowi przebierańcy zwani kosmitami i wielce wyświechtane hasło walki dobra ze złem. Imperatorowi było wtedy bliżej do Festera Addamsa niż czarnego charakteru, a Jabba przypominał mi moją żyjącą jeszcze niestety wychowawczynię z piątej klasy podstawówki. Widziałam całość. O ile nowa seria jest cudnie plastikowa, ma w składzie Natalie Portman ubraną zacnie i ogólnie rzecz biorąc nie męczy tak bardzo, to stare części sagi były mi do głowy wpakowane siłą. I choć rozumiem przesłanie, pamiętam fabułę, a miecz świetlny uważam za broń przekozacką, samym filmem się brzydzę. Podejrzewam, że po tych latach i przez zdobytą wiedzę, kolejne obejrzenie przyniesie jedynie refleksję, że to płytki produkt popkultury z ładną muzyką (zawsze w C-dur lub a-moll –> co absolutnie nie ma związku z Vivaldim w zapowiedzi).

Największy plus:
+ wyjątkowo głupia, lecz jakże urocza parodia: Kosmiczne Jaja

Największy minus:
– młody Anakin bzyka podstarzałą Amidalę; zależność chłystka od starej baby z kasą przypomina mi panią Madonnę i jej przydupasów

Battlestar Galactica

I co my tu mamy? Serial o robotach, de facto bez robotów. W zasadzie remake, bo oryginalną serię podobno ciężko ogarnąć (może kiedyś?). Gdy robot to coś więcej niż android, bo mający własne ciało (tkankowe), uczucia, przekonania i wiarę, robi się całkiem ciekawie. Motyw radzenia sobie z „przemijaniem” – wielce ujmujący. Nie wiem, o co chodzi w ostatnim sezonie, ale oszukujmy się, że choć scenarzyści to wiedzieli. Cały serial bardzo przekonał mnie do mu podobnych sajens-fikszyn. Szczególnie takich, które mówią o ludziach, pozwalają sobie zadać kilka egzystencjalnych pytań, zatrzymać się na chwilę…

Największym plusem…
+ … nie jest Apollo (szok?) ani miła muzyczka (jak niżej), tylko Gaius Baltar – do cna zepsuty, moralne zero; jakim cudem widzi anioły? Ha!

Największym minus:
– dwie szkarady: Cylon rozmiar szósty i Starbuck; być może to tylko ta moja wrodzona niechęć do blondynek…

Star Trek

Tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do gwiezdnych podróży. Sprawę na wstępie trzeba nakreślić, by się nie ludź nie pogubił. Kapitan Kirk może i powala uśmiechem, ale fanką Original Series nie będę choćby z takiego powodu:

Być może przebrniemy kiedyś przez starą serię, głowy nie dam. Do takiego oldschoolu ciężko przywyknąć. Natomiast Następne Pokolenie weszło w życie me z pół roku temu, choć początkowo (uległszy skojarzeniom star-łors-star-trek) miałam mieszane uczucia, to (jak już wiadomo) nowa, piękna masa odcinków zauroczyła mnie z miejsca. Głównym postaciom początkowo brakuje co prawda luzu (na szczęście odnajdują go z czasem), natomiast znów mamy do czynienia z historiami i problemami, wcale nie wykraczającymi poza Ziemię. Chłonąc już czwarty sezon (każdy z nich niezwykle długi) plus część filmów fabularnych, miałam okazję zająć głowę problemami moralności, etycznymi niuansami, sprawami: człowieczeństwa jako takiego, niewolnictwa, eutanazji, zemsty, zażyłości rodzinnych, niepełnosprawności, starości, różnic kulturowych, [ślepej] wiary i kategorii boskości i wielu innych. Zdziwieni?

Ja: bynajmniej. Prócz powyższych, spotykamy się z nienachalnymi nawiązaniami literackimi oraz filozofią (w tym gender). Przy tym wszystkim prędkość impulsowa, fazery, Warp 9 i kolaboracje z Romulanami, w języku babci-lektorki z filmów Antonisza, to Male Piwo.

Podział rasowy

Co planeta, to w zasadzie nowi przebierańcy. W TNG mamy multum humanoidów i kopy stworzeń, którym bliżej wyglądem do diody LED albo innych kryształków soli. Cokolwiek. krótki przegląd najważniejszych ras:

Ludzie – choć nie są przebrani, występują w „niewielu kopiach”; co jeden to dziwniejszy; po pewnym czasie wiadomo już jednak, że Riker na pewno pobzyka, La Forge na bank nie pobzyka, Picard znów będzie wyrozumiałym wujkiem i czasem uda mu się wyrwać jakąś miłą panią, a Weasley Crusher (czy też Wil Wheaton, jak kto woli) znów będzie kujońską piczką roztropniczką. Nie koniecznie najbardziej ludzcy, za to przykładni oficerowie Gwiezdnej Floty. Czemu nie mówię tu o kobietach? Bo te na szczęście potrafią zaskakiwać (z wyjątkiem wielbionej Lt. Tashy Yar – ta zaskoczyć potrafiła ewentualnie jeszcze większą drętwotą).

Betazoidzi – ci czujący… Porozumiewają się telepatycznie, wgapiają się wszyscy jednym rodzajem czarnych szkieł kontaktowych, każdy ma ciut innego fisia; w naszej nomenklaturze zwani wariatami lub wiedźmiństwem. Deanna Troi (empatka i… wiewióra?) z głupim akcentem i inteligencją emocjonalną walącą „na cycki”; ulubione cytaty: Wyczuwam coś! Ból, ogromny ból! Matko jedyna! O mały włos nie napisano jej kwestii w stylu: Moje empatyczne zdolności mówią mi, że nie umyłeś pachy i nie wyszorowałeś kopyt. Dużo ciekawszą postacią jest Matka Deanny – Lwaxana. Bezczelna, pewna swojej seksualności, bezpośrednia, męcząca, gadatliwa, irytująca (taka ja za trzydzieści lat…). Rorq jada ją łyżeczkami, a przy okazji zastanawia się, jakie wskazówki odnośnie roli Gene Roddenberry dał swojej własnej żonie, hm: Kochanie, bądź sobą ???

Klingoni – czyli, jak się zdaje, hamerykańska koncepcja ludów pierwotnych. Mega atawizm. Aż dziw, że wykształcili mowę artykułowaną [nieco bardziej rozwiniętą od: Jestem dudży Mudżyn, ja tobie zrobić wielka buba!]. Mają własny, czczony przez Treków język, oparty w sporej mierze na iloczasie, jerach i innych esceesowych bzdurach (żart filologiczny). Miło się na nich patrzy, każde czoło inne, czoło Worfa nawet podwójnie. Najciekawszą z bandy jest K’Ehleyr, pół-kobieta, o całkiem lotnym umyśle i  z poczuciem humoru.

Q – złośliwy zgrywus; do tego nieśmiertelny i niemal wszechmocny; wielka gratka; przysparza sobie wrogów w całej galaktyce, powód pierwszego ever facepalmu Picarda; to prawdziwy aspołeczny szubrawiec.

Borg – nie do końca android, nie zupełnie Cylon. Po prostu Borg, kolektywny umysł. Z pewnością kojarzycie freaków z powszczepianymi kawałkami metali pod skórę, albo koty z czipami. No. Do tego Doktor Laser zamiast oka i jak mantra powtarzane słowa: Poddajcie się! Zostaniecie zasymilowani, opór jest bezcelowy. No, grali i trąbi zespół KombiChrystus.

Data – jako android, dzieło Doktora Soonga, jest w zasadzie jednym z najrzadszych, inteligentnych form życia w przestworzach. Ale jest, ma się dobrze, karmi kota, mimo że z trudnością przychodzi mu rozumienie ludzkich uczuć. A na polskie: chętnie zdiagnozuję go jako jednego z tych genialnych idiotów z symptomami zespołu Aspergera. Taka inkarnacja Bazyla z pozytronowym mózgiem.

Oglądam często, skąd bliska droga do uzależnienia. Łysy kapitan śni mi się po nocach, a USS Foczynos zabiera Rorqowi godziny snu w Star Trek Online.
Czy wolno nazwać nas Trekami? Tylko jeśli sprawicie nam kultowe dresy floty wraz z komunikatorami.

Największy plus:
+ holodek

Największy minus:
– kij w żopie w pierwszych sezonach [bez związku z poniższymi]

***
Live Long And Prosper \\//_

Strzeż się kociarzy!

No, nie wiem. Basil wykazuje rozlazłość kostno-charakterną. Ale żyje. Choć nie widać.

Doniosłam odpowiednim ludziom, że dali nam zepsutego kota z wyłącznikiem żyroskopowym. Nic to nie dało.

Fokka, jak zwykle, ma wszystko w rudym ogonie.

Absolutne dyrdymały.

Absolutne dyrdymały.

I jeszcze piosnka, która przyczepiła się do mnie w trakcie nieudanej wyprawy do serwisu-widmo z radyjkiem (niestety, nie mam pojęcia, z jakiej mańki ludzie musieli wysłuchiwać mojego wycia…):

Anonymous’owy wielbiciel, czyli jak to człowieka ponosi w weekend

Okoliczność, czyli gałkokrocie

Okoliczność, czyli gałkokrocie

Przyznam się od razu: nie wszystkie moje pomysły są niegłupie. Ale co robić, by zabić nudę?

– Rorq, a może cię ucharakteryzuję?

Niemal od razu pożałował swojej zgody… Na własnej skórze poczuł kredkę, bronzer, cienie i rozświetlacz. Niemniej, godzina wyjęta z życiorysu zdawała się być owocną…

Gdzie z tą kredką pchasz mi się, plebie, do oka?!

Gdzie z tą kredką pchasz mi się, plebie, do oka?!

Panie i panowie...

Panie i panowie...

Nie wiadomo dokładnie czemu, ale mam wrażenie, że niepotrzebna nam już w domu piątego listopada maska V

Remember remember...

Remember remember...

A tużem!

A tużem!

Pytanie konkursowe: Czy w Pakistanie żyją wiewiórki?

Pytanie konkursowe: Czy w Pakistanie żyją wiewiórki?

Zdjęcie profilowe

Zdjęcie profilowe

Oj, w kościach czuję, że takich galerii powstanie więcej…

...

...