DIY: Koci kołnierzyk

Wersja Beta

Wersja Beta

To fakt, że od kiedy założyłam bloga dotyczącego szeroko pojętego stylu, nie było chyba żadnego wpisu dotyczącego mojej garderoby.  Cóż, może kiedyś wezmę się za foczo-kociego videobloga, a póki co mogę Wam pokazać coś, co poza makijażem, jest taką formą relaksacyjną, czyli rysunek, szycie i przeróbki…

Filcowe kotki na kołnierzyku (podobno wciąż modnym, co i tak mnie, fankę vintage i rzeczy oryginalnych, średnio obchodzi) powstawały wczoraj, późną porą (na tyle, by Anicie zdołał włączyć się sarkazm ;)). Kołnierzyk (tak, ten wymięty, psu z gardła wyjęty, świeżo wyprany to to, co zostało po koszuli z C&A, z jakiejś baaardzo starej kolekcji, jeszcze za czasów podróży na zakupy do podberlińskiego A10 – chyba z siedem lat temu) udało mi się wyciąć bardzo blisko krawędzi i dzięki temu nie siepie się i nie potrzebuje dodatkowego obszywania.

Kołnierzyk saute

Kołnierzyk saute

Można oczywiście zrobić sobie milion kołnierzyków, każdy dobrany do innego ciucha. Mi jednak zależało na czymś uniwersalnym. Kołnierz z koszuli w militarnym stylu (miała nawet maleńkie pagony, które wycięłam i czekają na swój czas, by do czegoś sensownego je doszyć) sam w sobie jest mile oliwkowy i okropnie nudny. A że filc jest zacny przez swoje „nieprucie”, wybrałam kolory, których w mojej szafie jest najwięcej, więc, na chłopski rozum, będzie pasować niemal do wszystkiego. Padło na zieleń, którą określiłabym jako żywą, trawiasto-żarówiastą, fiolet o w miarę równej ilości czerwonego i niebieskiego pigmentu oraz na turkus, bo morskiej zieleni niestety nie było.

Filcownia

Filcownia

Koszt całej zabawy, to znalezione gdzieś w chałupie nożyczki, kawałek kartonu na szablon, ołówek, cienkopis i oczywiście kilka kawałków kolorowego filcu (ceny w Empiku: 1,49 – 3,99 zł).

Niezbędne, niezwykle wyszukane ingrediencje

Niezbędne, niezwykle wyszukane ingrediencje

Najłatwiej będzie zacząć od obrysowania jednego ze szpiców kołnierza i naszkicowanie docelowego kształtu. Ponieważ mam trzy kolory, postanowiłam podzielić obrazek na sensowne elementy, dość łatwe do wycięcia.

Pierwsze przymiarki

Pierwsze przymiarki

Pop! Pop! Teraz właśnie zaczyna się magia. Musicie uruchomić wyobraźnię i podzielić projekt tak, jakby części kartonika miały być później klejone. Oczywiście elementy są nieco większe, bo obrys mamy zewnętrzny. Oczy kotka będą puste i najlepiej zacząć je wycinać od zewnętrznych kącików, trochę je powiększając i nadając im bardziej migdałowy kształt. Uważajcie, by głowa kota została w jednym kawałku (dzięki temu będzie ją później łatwiej doszyć).

Gatunek chroniony: kot kołnierzykowy - zamieszkuje okoliczne pracownie szafiarek

Gatunek chroniony: kot kołnierzykowy – zamieszkuje okoliczne pracownie szafiarek.

Chyba nie muszę dodawać, że aby elementy były symetryczne względem siebie, należy wycięty kartonik obrysować z obu stron i koniecznie podzielić je po wycięciu na „prawą” i „lewą” stronę. Nie chcemy mieć kotów ubrudzonych cienkopisem.

I to w zasadzie tyle. Mi zostało jeszcze przyszycie kotków, doszycie wąsów (nicią w kolorze: amarant/magenta) i wyprasowanie całości. Efekt końcowy (może OOTD) wkleję przy okazji relacji z Open’er Heineken Festival 2012 (dzień 1: Tworzywo sztuczne / Björk / New Order :)). Tymczasem wracam do odsypiania sesji.

Reklamy

Pranie z namaczaniem i inne sporty zimowe

Ziewa ten pan.

Ziewa ten pan.*

* – tak dla jasności, że w żadnym wypadku nie jest to krzyk rozpaczy.

Ostatnie tygodnie minęły w atmosferze zabawy, laby i tańca.

U Fokki raczej nudy…

Truchło kaczuszki - smętne resztki zabawowe.

Truchło kaczuszki - smętne resztki zabawowe.

Fokka śpi.

Fokka śpi.

Etiuda teatralna: "Mam w ogonie."

Etiuda teatralna: "Mam w ogonie."

Mamo, co się dzieje?

Mamo, co się dzieje?

[UWAGA! KOLEJNE SCENY WRAŻLIWEMU ODBIORCY MOGĄ WYDAĆ SIĘ NAZBYT BRUTALNE.]

Żenujące Fotostory a la BRAVO: „Generał Pranko na tropie bazylego brudasa”

Koniecznie z podkładem muzycznym…

W międzyczasie…

Co to za dureństwa?

Co to za dureństwa?

Efekty operacji:

Bazyl czyściutki.

Bazyl czyściutki.

Beata Tyszkiewicz za kocie ruchy w stylu Davida Bowiego daje 10/10.

Beata Tyszkiewicz za kocie ruchy w stylu Bowiego daje 10/10.

Pamiętajcie tylko, że kota można prać, ale w żadnym wypadku nie wolno wyżymać. Amen.

Strzeż się kociarzy!

No, nie wiem. Basil wykazuje rozlazłość kostno-charakterną. Ale żyje. Choć nie widać.

Doniosłam odpowiednim ludziom, że dali nam zepsutego kota z wyłącznikiem żyroskopowym. Nic to nie dało.

Fokka, jak zwykle, ma wszystko w rudym ogonie.

Absolutne dyrdymały.

Absolutne dyrdymały.

I jeszcze piosnka, która przyczepiła się do mnie w trakcie nieudanej wyprawy do serwisu-widmo z radyjkiem (niestety, nie mam pojęcia, z jakiej mańki ludzie musieli wysłuchiwać mojego wycia…):

Paździerz za oknem.

Ta, jesień. Szkoła jeszcze w konsystencji przypomina kisiel truskawkowy, więc laszczy się człowiek godzinę, opcjonalnie dwie, żeby pobyć sobie na uniwersytecie dwadzieścia minut, wliczając w to kawę*.

*W tym miejscu należy bezwzględnie zaznaczyć, jakoby nie była to zwykła, jakaśtam kawa siorbana pośród plebsu. Kawa z Olą to rytuał. Oczywiście ja pijam coś przypominającego latte, Oleńka zaś dziwną substancję złożoną z pół litra mleka, kilograma cukru i posypaną odrobiną kawy rozpuszczalnej. W szkole zaś trzeba posiłkować się Lavazzą z automatu (mam wrażenie, że podwójne mleko jest tam tylko w nazwie); następnym krokiem jest Okienko Szalonego Sklepikarza (czasem nawet nie trzeba już rzucać formułką: „dwie śmietanki i trzy cukry”). Wszystko jest wtedy fajnie do momentu, aż przypomnimy sobie, że Szalony nie dał przecież mieszadełka^.

^ W tym roku Ola spełniła jedno ze swoich dziecięcych marzeń – znalazła w markecie imponujących rozmiarów kolekcję cienkopisów we wszystkich kolorach tęczy i nie tylko. Tak więc przyszła kryska na żółtego statdlera, występującego w roli smukłej łyżeczki. Kolor i tak kiepski do robienia notatek, zaś, pozostawiony w kubeczku, oko wykoleć** może wyśmienicie.

** Do tej pory prześladuje mnie jeden taki obraz z dzieciństwa, kiedy to, na skutek osobliwych żartów Vladisa (zwą Go także ojcem), wrył się bardzo mocno w moją podświadomość. Łyżka w gałce, albo lornetka z widelców, o zgrozo!

Mój licencjat wisi na grubym sznurze z liścikiem: „Nie jem, nie śpię, trzymam kredens”. Pokrótce chodzi o to, że jak pozwolą na zmianę promotora, Sekta Dyskordiańska, Którą, Przez Wzgląd Na Poprawność Polityczną, Lepiej Nazwać Kościołem, obdarzy mnie łaską Bogini Eris. Chaos przyciąga chaos, więc trwam przy nadziei.

Z nowości pozaużywkowych: leczymy Basila Fawlty’ego. Ma jakieś drożdżaki w uszach. Więc tak myjemy, watujemy, zakrapiamy mu te uszy. Mimo paktu o nieagresji, w jego oczach rodzi się nienawiść.

Ma być relacja z ElectroHead’a, wiem. Zbieram siły. Jutro w audycji Jean-Luc de Meyer, ech. Już się cieszę…

P. S. Po niemal pięćdziesięciu wpisach znalazłam w opcjach justowanie. I jak się nie wściec?