Pociągowy tygiel kulturowy

Black Pearl (a komfort podróży zbliżony do polskich kolei…)

Wpływamy na grząski temat Polskich Katastrof Pociągowych, Tudzież Lichej Komunikacji. Los chciał, że przez ostatnie trzy miesiące w pociągach spędzałam czwartą część czasu i przebywałam prawie tysiąc kilometrów tygodniowo. Jako istota aspołeczna, siłą rzeczy poznałam w podróży mnóstwo ludzi, nie tylko z Polski, ale i innych zakątków świata.

Gdy podjęłam decyzję o dojeżdżaniu z warszawy do Zielonej Góry na studia dzienne od osoby życzliwej usłyszałam, że to bzdura okrutna i wreszcie przyjdę do niej z podkulonym ogonem i przyznam jej rację. Ha! Tu się zgina dziób pingwina.

Polaków nigdy nie pytam o imiona. Tak się jakoś złożyło

Zaczęło się od skacowanego kibica Lecha Poznań (w ogóle nie było widać, ani ciut), który nie pamiętał nawet, jak i kiedy wydał kupę kasy, całe jego jestestwo odparowywało wódą. Zagadałam, bo lepszy znany kibic od nieznanego i wściekłego. Po jakimś czasie dosiadł się Pan z filharmonii, muzyk rzecz jasna. O dziwo, mamy wspólnych znajomych. On także kursuje często na trasie Wawa-Zielona. Dał mi nawet nadzieję, że usłyszę go w przyszłym roku na Warszawskiej Jesieni. No, może. Pana kibica tymczasem ogromnie znużyła nasz trash-talk na poziomie i zagadnął nas, czy my lubimy/chodzimy/tańczymy w dyskotekach. A znasz dyskotekę w Zielonej, taką co się nazywa H.? Jego przekrwione oczy zasnuły się w połach ściągniętych brwi, gdy usłyszał moją odpowiedź, pozbawioną najmniejszych emocji: Znam i gardzę.

Połączenia kombinowane z przesiadkami w Poznaniu i czasem w Kutnie, często niosą z sobą poczucie zmarnowanego czasu, ale znacznie częściej głupawkę…

„Te frytki nic nie znaczą!!!”

czyli tekst idealny na memy. O co zacz? Przesiadka w Poznaniu, TLK relacji Szczecin-Lublin z rezerwacją miejsc. I zwykle do Wawy Centralnej to ludzi jest naszprotkowane jak w konserwie. Tym razem pustki. w moim przedziale tylko jeden chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wniósł był sobie do pociągu kartoniki fastfudowe sztuk dwie, kurą walące i wszelkim pięknym, chrupiącym ziemniakiem. Ale ja jestem przecież ponad to i koncernami typu KFC się brzydzę, weź pan idź z tym w cholerę. Usiadł naprzeciw mnie i przyjmuje te nogi drogą paszczową. Na moje rzucone z przekąsem „smacznego”, wyprostował się zmieszany i proponuje:

– Gdzie moje maniery, ja się podzielę! Może frytkę?
– A gdzież tam, phi, frytkę. Smakowe to to, wyborne, ale nie, nie będę pana szanownego objadać z ambrozji.
– Dwie rzeczy: nie jestem pan i mam dużo, o i keczup odstąpię. Sam nie będę jadł.

Będąc świadomą praw i obowiązków małżeńskich, poczułam się do SMSowego zdania relacji memu Lubemu. Odpowiedź: Kopnę go. Frytki, tak?! Kopnę… Odpowiedź: Te frytki nic nie znaczą : )

Inna sprawa, że ten usmażony kawałek bulwy był pewnego rodzaju przełamaniem lodów. Nagle rozmawialiśmy o młodych, aspirujących piłkarzach, których rzeczony właściciel frytek trenował, a także o moim życiu: miłości do kotów, fok, podróżach na Hel, neofickiej miłości do lam, o głupawce a la mecz kocio-foczy z lamami na trybunach, robiącymi meksykańską falę (w wyuzdanie wyszukany sposób). Nie wiem nawet, jak to się stało, że o moim stanie cywilnym dowiedział się PO oddaniu mi części frytek.

Czarny kontynent

Jeszcze wiele czasu minie, zanim Polacy pokonają swój rasizm i ksenofobię. O ile jeszcze Azjaci nas w jakiś sposób intrygują, to Arabów i Murzynów po prostu się boimy. Na szczęście świat się zmienia. Podczas pierwszej wycieczki po mieście stołecznym, ogromnie radującym widokiem był czarnoskóry kierowca autobusu. Czyli jednak już centralna Europa, hm?

Znów pociąg do Warszawy. Zaszprotkowany. Miejsce, które zajęłam z czystego wyrachowania, było jednym z niewielu wolnych. Obok czarnoskóry, młody chłopak. Łypaliśmy na siebie; nawet nie wiedziałam, czy w ogóle i jak zacząć rozmowę. Przecież istnieją jeszcze ludzie, którym podróż w ciszy jest największym skarbem. Jestem taka jak reszta Polaków, pomyślałam, patrząc na chłopaka, gdy z głowy nie chciała wyjść jakaś piosenka śpiewana za dzieciaka w stylu:

Ale odezwał się pierwszy, po polsku, zapytał, czy nie za zimno przy tym otwartym oknie. Tak zaczęliśmy rozmawiać, po minucie przechodząc na angielski (tak, tak, mój nieużywany, łamany niemieckim angielski), bo Tobiemu brakowało słów (na moje nieszczęście mówił po angielsku bardzo cicho). Tobi, jak się okazało, pochodzi z Nigerii i studiuje w Warszawie od trzech lat. Nie mógł pojąć, po co studiuję polonistykę, skoro znam język polski. Niecodzienną dla niego była moja odpowiedź, że nie chcę i nie będę uczyć w szkole, a zależy mi jedynie na poszerzeniu horyzontów (powiedz to po angielsku, którego de facto nie znasz, ha!). Gdy dowiedział się, że jestem mężatką przyznał, że za dwa miesiące bierze ślub w Bydgoszczy. Naturalnie przekonywałam, że w tym mało urokliwym mieście najważniejsze do zwiedzania jest przepiękne Stare Miasto. On z kolei był przekonany, że pierwsze pięć lat małżeństwa to… ciekawy okres, a potem jest coraz lepiej. Gdy się żegnaliśmy, życzył mi wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, po czym na mej twarzy wystąpił rasowy uśmiech numer pięć.

Jak o Nigerii nie wiem właściwie nic, tak Egipt kojarzę z piramid, sfinksów, kultu kotów i bogini Bastet, papirusu i Islamu. Czyli wiem tyle, co nic. A skąd w tej opowieści Egipcjanie? A z Poznania.

Być może część z Was wie o barze w przejściu podziemnym z Nilem w nazwie. Tam właśnie pracuje Syryjczyk i trzech Egipcjan, w tym Aśraf. Kilka razy zabierałam się już, by zagadać, ale chyba brakowało mi odwagi. Tym razem było spokojnie, nikt nie przeszkadzał w rozmowie po polsku, mogłam zapytać o traktowanie kobiet w muzułmańskim kraju i tym podobne. Dowiedziałam się, że Aś ma żonę Polkę, katoliczkę, ale namawia ją na zmianę wiary, bo wg niego gdy pojawią się dzieci, ich =życie będzie lepsze i łatwiejsze. Podobno nie nalega dlatego, ze chciałby odziać w burkę. Przy okazji uświadomił mi, jak on sam patrzy na zwyczaje w Polsce: jego zdaniem jeszcze do niedawna polskie chrześcijanki chodziły w hijabie. Tak samo przecież Matka Boska miała na sobie stale hijab. Niesamowitym wydają się tak daleko idące wnioski. A może jednak coś w tym jest? Dziś na YT można znaleźć kilka vlogów chrześcijańskich kobiet, które z własnej woli noszą hijab, czy też w ogóle zakrywają głowy.
Nie mogłam nie zapytać o to, dlaczego, skoro Islam jest taki cudowny, to nie można odżegnać się od wiary i kobietom uciekającym od mężów odcina się nos i uszy, albo oblewa je kwasem. Aśraf westchnął i odrzekł spokojnie, że Zachód od zawsze tak pokazuje jego wiarę, karmi swoje ego, wynajdując złe i nieliczne przykłady bestialstwa. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to przecież chodzi o ropę, a „turban i broda” to teatr tworzony na potrzeby Zachodu.
[Potwór USAński być głodna wszak. Nawracać, wyprawy krzyżowe robić, o, tak tak! Pokłosiem są wojny na niemal całym Bliskim Wschodzie. Ale nie całym. Nie w Syrii. Czy to nie dziwne, że tam ropy nie stwierdza się?]
Ta godzina z zapiekanką w ręce bardzo dużo mi dała. Usłyszałam, jaka to wielka szkoda, że przypuszczalnie jestem tam ostatni raz w tym roku. Fajnie byłoby jeszcze kiedyś tam zajrzeć. Salam alejkum, Aś.

Akcent bez związku z Euro 2012

Lidia mieszka w Polsce, a jej ojciec pochodzi z Ukrainy. Ona sama czuje się Ukrainką i traktowana jest jak osoba z mniejszości narodowej. Uczy się języków: polskiego, ukraińskiego, rosyjskiego, niemieckiego i z wszystkich mogłaby pisać maturę. Za to w ząb nie kuma angielskiego. To dziewczyna bardzo młoda, szczera, otwarta. Poznałam ją w trakcie ostatniej podróży z Zielonej Góry, gdy wybierała się na imprezę (bo żyje, o zgrozo, od imprezy do imprezy :)). Nie zauważyłam między nami specjalnych różnic kulturowych, a do siebie podeszłyśmy z dużą dozą tolerancji. Okazuje się, że gdy człowiek przypomni sobie, że każdy wiek ma swoje prawa, to z ledwo poznaną osiemnastolatką można sobie pogadać. I zaczyna zamiast różnic widzieć same podobieństwa, jak choćby brak zapału do j. angielskiego, krnąbrna, niepokorna natura czy Druga Połówka starsza o dekadę. Na pytanie, czy nie doświadczyła nigdy ze strony Polaków przykrości (bo nigdy nie ukrywa pochodzenia i przynależności), rzekła, że przecież ona toleruje wszystkich i oczekuje tego samego. A jak się nie podoba, idzie w swoją stronę. Ogromnie bezproblemowo. Pomogłam Lidii znaleźć w Poznaniu peron 4b (a nie 9 i 3/4, choć był tak samo schowany), wymieniłyśmy się telefonami. Ma dzwonić, gdy zawita na imprezie w Wawie.

Wołem pociągowym bywam…

gdy chcę pojechać na koncert, do fokarium, gdziekolwiek. Bo taniej. Oczywiście nie uśmiecha mi się jazda w ukropie, uff, ukropnie wielkim. Po każdej takiej jeździe z jednej strony klnę, na czym świat stoi, że to już ostatni raz, i fuuu, i że nie chcę, a z drugiej cieszę się, mogąc rozmawiać z ludźmi. Ma co dzień nie jest to takie łatwe – zatwardziałą domatorką będąc.

Kilka dni temu poznaliśmy z Rorq’iem w powrotnej TLK z Gdyni wielką fankę Björk i strzyżenia zwierzy szczekających. Dzięki rozmowie z nią dowiedziałam się o filmie z Islandką, którego nigdy nie powinnam oglądać oraz tego, że głupim pomysłem jest zostawanie zootechnikiem (by zostać hodowcą lam w Peru) przy tak doskwierającym wegetarianizmie. Nauczą Cię, jak oporządzić świnię, ale nic o lamie lamówkowej. Ani słowa.

Co więc z tą naszą ksenofobią?

Ogólnie ujmując. Podobno wszyscy Polacy to ukryci antysemici. Ja ostatniego Żyda spotkałam bardzo dawno temu. Zdenerwował mnie wtedy, spieszącą się na zajęcia w PSM. Gawędził, co też mu się wydaje, jakieś strasznie bzdurne bajania o życiu w stylu: wszyscy mówią >>studiuj<<, a przecież studia nie uczą niczego dobrego; wolno spóźniać ci się na zajęcia cały kwadrans, więc studia uczą jedynie lenistwa. Wybaczcie, ale jak na moje ówczesne standardy były to bzdury. Poza tym nie miałam najmniejszej ochoty wędzić gościa w piecu. Czy mimo to jestem antysemitką? Ech.

Niechęć za to faktyczną czuję do Cyganów. Bez względu na to, czy to wina propagandy, że Cygan przyjdzie do ciebie, okradnie i spali dom, czy raczej ogólnego, zionącej z tej nacji cwaniaczkowatości. Dzieci nie są posyłane do szkół, kobiety są służącymi i żywymi inkubatorami, ale wszyscy jak jeden wyżelowani i obwieszeni złotem. Co robią, gdzie pracują? Nic i nigdzie. Brrr! Pozytywami są tu: piękna muzyka i ogólna muzykalność tych ludzi i umiejętności wróżbiarskie (jak chcecie, ale mnie tam ezoteryka jara całkiem całkiem).
A może ta niechęć do społeczności romskiej jest jakąś traumą wyniesioną z małego miasteczka, w jakim się wychowywałam? A nuż będzie okazja przysiąść się do jakiegoś Roma w pociągu i te traumy pogubić?

[Małomiasteczkowe dziadostwo to temat na zupełnie inny wpis; na razie niech będzie zmasakrowany Bursa jako trailer; słuchacie na własną odpowiedzialność]

W tym miejscu chcę podziękować Basi (azjatyckicukier.com), która stała się dla mnie inspiracją do poznawania innych kultur, tchnęła we mnie odwagę, by zagadywać, pytać, dowiadywać się i wyzwalać się od utartych schematów i stereotypów.

festiwalowa Björk na świeżym powietrzu z piwkiem w ręce

Byłam. Widziałam. Kolejna rzecz do wykreślenia z listy: Zobaczyć/zrobić przed zejściem śmiertelnym. Koncert Björk na tej przezacnej liście miał miejsce wysokie. A że przy okazji mogłam znów zobaczyć Fisza z Tworzywem Sztucznym i zmasakrować nogi w błocie, to już zupełnie inna bajka.

Heineken Open’er Festival to był dla mnie zawsze taki Woodstock, tyle że daleko i namaszczony elektroniką. Jak się później okazało – również burżujski. Po szybkiej kalkulacji wyszło nam jednak, jakoby TAKIE koncerty i TAKIE gwiazdy za 165 zł dniówki to wcale nie tak dużo. Wiedziałam o Björk i o dziadkach z New Order, a Fisz był dla mnie miłym zaskoczeniem.


[Nowy aranż, który w tym roku zmiażdżył; tu w wersji z 2009 roku]

Moje piórko na bis: to kawałek Tworzywa, którego oryginalna obudowa była dość lekka, a 4.07. nabrał prawdziwej mocy: był wyraźny, pełny tęsknot, porozgrzebywał najciemniejsze zakątki pomarszczonego orzeszka z głowy i pozostawił emocjonalne spustoszenie. Oprócz mojego bardzo osobistego podejścia do tego utworu, muszę podkreślić też fakt bardzo udanego otwarcia festiwalu przez nieplastikowe, polepione dźwięki, Emadego oraz pana F. – Wielkie Brwi.

Co później? Jakieś straszne nudy na głównej scenie (szło się tylko zabunkrować w ogródku piwnym i przeczekać….)

Zdecydowanie najmocniejszym punktem tego występu były kolorowe włosy wokalistki -_-

Jakoś około 22.00 scena zmieniła się w połyskującą taflę wody, no, oczywiście nie dosłownie. Dużo bardzo ukochana Islandka z dużo bardzo ukochanym materiałem z ostatniej płyty zmieszanym z wcześniejszym dorobkiem. Przez prawie półtorej godziny stałam oczarowana energią płynącą z estrady (tak tak, z estrady, bo scena to podobno pojęcie nieadekwatne, jeśli chodzi o wydarzenia muzyczne) i strojem, wyglądającym mniej więcej tak:

Wiem, że Björk nie jest lamą. Niech będzie to zatem moja luźna interpretacja tematu. Jak przedstawia się strój Björk na Heineken Open'er Festival 2012: mamy tu dużo gradientowych kolorów, suknię łączoną z dwóch (cekiny i chyba satyna), granatowe getry, jasne koturny i burzę rudych loczków - nie mam pojęcia czy to aby nie była peruka...

Wiem, że Björk nie jest lamą. Niech będzie to zatem moja luźna interpretacja tematu. Jak przedstawia się strój Björk na Heineken Open’er Festival 2012: mamy tu dużo gradientowych kolorów, suknię łączoną z dwóch (cekiny i chyba satyna), granatowe getry, jasne koturny i burzę rudych loczków – nie mam pojęcia czy to aby nie była peruka…

Wklejam, bo Gigi pytała. Zdjęcia nie dodam, bo nie wolno było pstrykać i z szacunku nie pstrykałam. Jedynym kawałkiem, który nie pojawił się na żadnym z albumów, a z tego co kojarzę, był częścią jakiejś kampanii  (i świetnie zabrzmiał na koncercie) była Náttúra:

Ze starych nieobecnych najbardziej zabrakło mi piosenki Oceania (album Medúlla), który do scenerii pasowałby idealnie:

I to tyle z zastrzeżeń. Biophilia zaprezentowana została przez kawałki moim zdaniem najlepsze, był też materiał z Homogenic i Vespertine. Pagan Poetry wymiótł:

Na koniec ZIEW ORDER. Czemu? A, bo tak. Do samego kawałka, co się w teledysku leją po mordach na początku (True Faith w sensie), oczy zachodziły mi łzami i miałam nadzieję być wszędzie, byle nie tam, gdzie te dziadki. Naprawdę rozruszałam się chyba dopiero po godzinie, przy Blue Monday:


[Wersja z Glasgow z o wiele lepszym nagłośnieniem tego okrutnie lichego, starczego wokalu]

I ciekawostka: utwory Joy Division grane na HOF2012 prawie z taką częstością, w mym mniemaniu, jak niuorderowe. Aha, czyli swojego dobrego nie ma co pokazać i trzeba lecieć na repertuarze statka-matki? Pełne setlisty z pierwszego dnia na głównej scenie Heineken Open’er Festival 2012 na blogu Rorq’a

EFEKTY SPECJALNE: opady i obłoty. O nich będzie innym razem, przy okazji zdjęć z podróży.

OCENA WARSTWY MUZYCZNEJ: Tu nasze, sharotkowo-rorqowe zdania niewiele się różnią. Być może tylko jestem mniej obiektywna. To oczywiście dobrze wydane pieniądze (poza 6zł na kubek piwa, ale nic to). Zarówno Tworzywo Sztuczne jak i Björk dały dobre, klasowe występy, a więc spełniły moje oczekiwania i widzimisię w 123%. W przyszłym roku może uda nam się znaleźć coś dla siebie w Jarocinie? Kto wie.

DIY: Koci kołnierzyk

Wersja Beta

Wersja Beta

To fakt, że od kiedy założyłam bloga dotyczącego szeroko pojętego stylu, nie było chyba żadnego wpisu dotyczącego mojej garderoby.  Cóż, może kiedyś wezmę się za foczo-kociego videobloga, a póki co mogę Wam pokazać coś, co poza makijażem, jest taką formą relaksacyjną, czyli rysunek, szycie i przeróbki…

Filcowe kotki na kołnierzyku (podobno wciąż modnym, co i tak mnie, fankę vintage i rzeczy oryginalnych, średnio obchodzi) powstawały wczoraj, późną porą (na tyle, by Anicie zdołał włączyć się sarkazm ;)). Kołnierzyk (tak, ten wymięty, psu z gardła wyjęty, świeżo wyprany to to, co zostało po koszuli z C&A, z jakiejś baaardzo starej kolekcji, jeszcze za czasów podróży na zakupy do podberlińskiego A10 – chyba z siedem lat temu) udało mi się wyciąć bardzo blisko krawędzi i dzięki temu nie siepie się i nie potrzebuje dodatkowego obszywania.

Kołnierzyk saute

Kołnierzyk saute

Można oczywiście zrobić sobie milion kołnierzyków, każdy dobrany do innego ciucha. Mi jednak zależało na czymś uniwersalnym. Kołnierz z koszuli w militarnym stylu (miała nawet maleńkie pagony, które wycięłam i czekają na swój czas, by do czegoś sensownego je doszyć) sam w sobie jest mile oliwkowy i okropnie nudny. A że filc jest zacny przez swoje „nieprucie”, wybrałam kolory, których w mojej szafie jest najwięcej, więc, na chłopski rozum, będzie pasować niemal do wszystkiego. Padło na zieleń, którą określiłabym jako żywą, trawiasto-żarówiastą, fiolet o w miarę równej ilości czerwonego i niebieskiego pigmentu oraz na turkus, bo morskiej zieleni niestety nie było.

Filcownia

Filcownia

Koszt całej zabawy, to znalezione gdzieś w chałupie nożyczki, kawałek kartonu na szablon, ołówek, cienkopis i oczywiście kilka kawałków kolorowego filcu (ceny w Empiku: 1,49 – 3,99 zł).

Niezbędne, niezwykle wyszukane ingrediencje

Niezbędne, niezwykle wyszukane ingrediencje

Najłatwiej będzie zacząć od obrysowania jednego ze szpiców kołnierza i naszkicowanie docelowego kształtu. Ponieważ mam trzy kolory, postanowiłam podzielić obrazek na sensowne elementy, dość łatwe do wycięcia.

Pierwsze przymiarki

Pierwsze przymiarki

Pop! Pop! Teraz właśnie zaczyna się magia. Musicie uruchomić wyobraźnię i podzielić projekt tak, jakby części kartonika miały być później klejone. Oczywiście elementy są nieco większe, bo obrys mamy zewnętrzny. Oczy kotka będą puste i najlepiej zacząć je wycinać od zewnętrznych kącików, trochę je powiększając i nadając im bardziej migdałowy kształt. Uważajcie, by głowa kota została w jednym kawałku (dzięki temu będzie ją później łatwiej doszyć).

Gatunek chroniony: kot kołnierzykowy - zamieszkuje okoliczne pracownie szafiarek

Gatunek chroniony: kot kołnierzykowy – zamieszkuje okoliczne pracownie szafiarek.

Chyba nie muszę dodawać, że aby elementy były symetryczne względem siebie, należy wycięty kartonik obrysować z obu stron i koniecznie podzielić je po wycięciu na „prawą” i „lewą” stronę. Nie chcemy mieć kotów ubrudzonych cienkopisem.

I to w zasadzie tyle. Mi zostało jeszcze przyszycie kotków, doszycie wąsów (nicią w kolorze: amarant/magenta) i wyprasowanie całości. Efekt końcowy (może OOTD) wkleję przy okazji relacji z Open’er Heineken Festival 2012 (dzień 1: Tworzywo sztuczne / Björk / New Order :)). Tymczasem wracam do odsypiania sesji.

Biophilia – RECENZJA

Björk Guðmundsdóttir ma już 46 lat (zodiakalny skorpion!). Niesamowite jest to, że nie wypala się jako artystka, bo, co jak co, nie można odebrać jej miana artystki.

W jej muzyce wciąż wiele się dzieje. Nie ma miejsca na klaskanie u Rubika. Albo u tej, jak jej tam…

Komentarze pod utworem Bjork na YT

Komentarze pod utworem Bjork na YT

Nie bez powodu Discogs nie daje jednoznacznej odpowiedzi n/t gatunku. Bo czytamy:

Electronic, Pop, Jazz, Rock, Hip Hop, Classical, Stage & Screen, Blues, Funk / Soul, Non-Music, Reggae, Folk, World, & Country, Latin, Children’s, Brass & Military

Ciężka do sklasyfikowania, pełna żywych instrumentów i przeszkadzajek, z elementami IDM-u i ambientu, klimatem zbliżonao do Volty z 2007 roku, przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Dziesięć kawałków ze studyjnego albumu, które nie dają zasnąć (przynajmniej mi), burzą współczesne myślenie o muzyce komercyjnej. To nie są łatwe i przyjemne, popowe melodyjki do podśpiewania przez pijanego wuja Franka na weselu. Tu (znów) jest koncept, przemyślana fraza, polimetrie, partie organowe i chóralne, „wynalazki” i używanie technologii dla odkrywania nowych brzmień.

Moją największą niepewnością karmił się fakt, że początkowo album był aplikacją na iPhona (którego nie posiadam – religia mi zabrania); okazało się jednak, że mili ludzie z wytwórni wypalają także płyty za niecałe 4 dychy. Mój organizm po tej wieści przywrócił funkcje życiowe.

Są tacy, którzy Björk nie trawią wcale, irozsmakowali się sto lat temu w Violently Happy albo Big Time Sensuality i nie umieją słuchać nowszych rzeczy. A tymczasem Biophilia jest kolejnym powodem mojej miłości do tej szalonej Islandki.

Dobrze wiedzieć, że na globie wciąż robi się prawdziwą muzykę, na której domorośli krytycy muzyczni, z racji niezrozumienia tabelki potrafią tylko powiesić psy.

Bez klapek na oczach

Pomimo emocjonalnego identyfikowania się z Björk, muszę powiedzieć też jakieś słowo dla równowagi. Otóż, podobnie jak lubiana przeze mnie Kasia Nosowska, pani niespecjalnie potrafi śpiewać, do charakterystycznej barwy albo braku postawienia głosu trzeba się niestety przyzwyczaić (z drugiej strony – nie wyje jak większość pań ze sceny alternatywnej). A gdy już to nastąpi, okazuje się, że głos jest IDENTYCZNY na koncercie i na albumie, nie poprawiany nawet na milimetr. Nagrania z koncertów bogatsze są o widowisko.

W wakacje wybieramy się obejrzeć panią Brzozę, córkę Gudmunda na żywo. Wreszcie.

Ogólna ocena: nie mieści się w skali.