Pociągowy tygiel kulturowy

Black Pearl (a komfort podróży zbliżony do polskich kolei…)

Wpływamy na grząski temat Polskich Katastrof Pociągowych, Tudzież Lichej Komunikacji. Los chciał, że przez ostatnie trzy miesiące w pociągach spędzałam czwartą część czasu i przebywałam prawie tysiąc kilometrów tygodniowo. Jako istota aspołeczna, siłą rzeczy poznałam w podróży mnóstwo ludzi, nie tylko z Polski, ale i innych zakątków świata.

Gdy podjęłam decyzję o dojeżdżaniu z warszawy do Zielonej Góry na studia dzienne od osoby życzliwej usłyszałam, że to bzdura okrutna i wreszcie przyjdę do niej z podkulonym ogonem i przyznam jej rację. Ha! Tu się zgina dziób pingwina.

Polaków nigdy nie pytam o imiona. Tak się jakoś złożyło

Zaczęło się od skacowanego kibica Lecha Poznań (w ogóle nie było widać, ani ciut), który nie pamiętał nawet, jak i kiedy wydał kupę kasy, całe jego jestestwo odparowywało wódą. Zagadałam, bo lepszy znany kibic od nieznanego i wściekłego. Po jakimś czasie dosiadł się Pan z filharmonii, muzyk rzecz jasna. O dziwo, mamy wspólnych znajomych. On także kursuje często na trasie Wawa-Zielona. Dał mi nawet nadzieję, że usłyszę go w przyszłym roku na Warszawskiej Jesieni. No, może. Pana kibica tymczasem ogromnie znużyła nasz trash-talk na poziomie i zagadnął nas, czy my lubimy/chodzimy/tańczymy w dyskotekach. A znasz dyskotekę w Zielonej, taką co się nazywa H.? Jego przekrwione oczy zasnuły się w połach ściągniętych brwi, gdy usłyszał moją odpowiedź, pozbawioną najmniejszych emocji: Znam i gardzę.

Połączenia kombinowane z przesiadkami w Poznaniu i czasem w Kutnie, często niosą z sobą poczucie zmarnowanego czasu, ale znacznie częściej głupawkę…

„Te frytki nic nie znaczą!!!”

czyli tekst idealny na memy. O co zacz? Przesiadka w Poznaniu, TLK relacji Szczecin-Lublin z rezerwacją miejsc. I zwykle do Wawy Centralnej to ludzi jest naszprotkowane jak w konserwie. Tym razem pustki. w moim przedziale tylko jeden chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wniósł był sobie do pociągu kartoniki fastfudowe sztuk dwie, kurą walące i wszelkim pięknym, chrupiącym ziemniakiem. Ale ja jestem przecież ponad to i koncernami typu KFC się brzydzę, weź pan idź z tym w cholerę. Usiadł naprzeciw mnie i przyjmuje te nogi drogą paszczową. Na moje rzucone z przekąsem „smacznego”, wyprostował się zmieszany i proponuje:

– Gdzie moje maniery, ja się podzielę! Może frytkę?
– A gdzież tam, phi, frytkę. Smakowe to to, wyborne, ale nie, nie będę pana szanownego objadać z ambrozji.
– Dwie rzeczy: nie jestem pan i mam dużo, o i keczup odstąpię. Sam nie będę jadł.

Będąc świadomą praw i obowiązków małżeńskich, poczułam się do SMSowego zdania relacji memu Lubemu. Odpowiedź: Kopnę go. Frytki, tak?! Kopnę… Odpowiedź: Te frytki nic nie znaczą : )

Inna sprawa, że ten usmażony kawałek bulwy był pewnego rodzaju przełamaniem lodów. Nagle rozmawialiśmy o młodych, aspirujących piłkarzach, których rzeczony właściciel frytek trenował, a także o moim życiu: miłości do kotów, fok, podróżach na Hel, neofickiej miłości do lam, o głupawce a la mecz kocio-foczy z lamami na trybunach, robiącymi meksykańską falę (w wyuzdanie wyszukany sposób). Nie wiem nawet, jak to się stało, że o moim stanie cywilnym dowiedział się PO oddaniu mi części frytek.

Czarny kontynent

Jeszcze wiele czasu minie, zanim Polacy pokonają swój rasizm i ksenofobię. O ile jeszcze Azjaci nas w jakiś sposób intrygują, to Arabów i Murzynów po prostu się boimy. Na szczęście świat się zmienia. Podczas pierwszej wycieczki po mieście stołecznym, ogromnie radującym widokiem był czarnoskóry kierowca autobusu. Czyli jednak już centralna Europa, hm?

Znów pociąg do Warszawy. Zaszprotkowany. Miejsce, które zajęłam z czystego wyrachowania, było jednym z niewielu wolnych. Obok czarnoskóry, młody chłopak. Łypaliśmy na siebie; nawet nie wiedziałam, czy w ogóle i jak zacząć rozmowę. Przecież istnieją jeszcze ludzie, którym podróż w ciszy jest największym skarbem. Jestem taka jak reszta Polaków, pomyślałam, patrząc na chłopaka, gdy z głowy nie chciała wyjść jakaś piosenka śpiewana za dzieciaka w stylu:

Ale odezwał się pierwszy, po polsku, zapytał, czy nie za zimno przy tym otwartym oknie. Tak zaczęliśmy rozmawiać, po minucie przechodząc na angielski (tak, tak, mój nieużywany, łamany niemieckim angielski), bo Tobiemu brakowało słów (na moje nieszczęście mówił po angielsku bardzo cicho). Tobi, jak się okazało, pochodzi z Nigerii i studiuje w Warszawie od trzech lat. Nie mógł pojąć, po co studiuję polonistykę, skoro znam język polski. Niecodzienną dla niego była moja odpowiedź, że nie chcę i nie będę uczyć w szkole, a zależy mi jedynie na poszerzeniu horyzontów (powiedz to po angielsku, którego de facto nie znasz, ha!). Gdy dowiedział się, że jestem mężatką przyznał, że za dwa miesiące bierze ślub w Bydgoszczy. Naturalnie przekonywałam, że w tym mało urokliwym mieście najważniejsze do zwiedzania jest przepiękne Stare Miasto. On z kolei był przekonany, że pierwsze pięć lat małżeństwa to… ciekawy okres, a potem jest coraz lepiej. Gdy się żegnaliśmy, życzył mi wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, po czym na mej twarzy wystąpił rasowy uśmiech numer pięć.

Jak o Nigerii nie wiem właściwie nic, tak Egipt kojarzę z piramid, sfinksów, kultu kotów i bogini Bastet, papirusu i Islamu. Czyli wiem tyle, co nic. A skąd w tej opowieści Egipcjanie? A z Poznania.

Być może część z Was wie o barze w przejściu podziemnym z Nilem w nazwie. Tam właśnie pracuje Syryjczyk i trzech Egipcjan, w tym Aśraf. Kilka razy zabierałam się już, by zagadać, ale chyba brakowało mi odwagi. Tym razem było spokojnie, nikt nie przeszkadzał w rozmowie po polsku, mogłam zapytać o traktowanie kobiet w muzułmańskim kraju i tym podobne. Dowiedziałam się, że Aś ma żonę Polkę, katoliczkę, ale namawia ją na zmianę wiary, bo wg niego gdy pojawią się dzieci, ich =życie będzie lepsze i łatwiejsze. Podobno nie nalega dlatego, ze chciałby odziać w burkę. Przy okazji uświadomił mi, jak on sam patrzy na zwyczaje w Polsce: jego zdaniem jeszcze do niedawna polskie chrześcijanki chodziły w hijabie. Tak samo przecież Matka Boska miała na sobie stale hijab. Niesamowitym wydają się tak daleko idące wnioski. A może jednak coś w tym jest? Dziś na YT można znaleźć kilka vlogów chrześcijańskich kobiet, które z własnej woli noszą hijab, czy też w ogóle zakrywają głowy.
Nie mogłam nie zapytać o to, dlaczego, skoro Islam jest taki cudowny, to nie można odżegnać się od wiary i kobietom uciekającym od mężów odcina się nos i uszy, albo oblewa je kwasem. Aśraf westchnął i odrzekł spokojnie, że Zachód od zawsze tak pokazuje jego wiarę, karmi swoje ego, wynajdując złe i nieliczne przykłady bestialstwa. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to przecież chodzi o ropę, a „turban i broda” to teatr tworzony na potrzeby Zachodu.
[Potwór USAński być głodna wszak. Nawracać, wyprawy krzyżowe robić, o, tak tak! Pokłosiem są wojny na niemal całym Bliskim Wschodzie. Ale nie całym. Nie w Syrii. Czy to nie dziwne, że tam ropy nie stwierdza się?]
Ta godzina z zapiekanką w ręce bardzo dużo mi dała. Usłyszałam, jaka to wielka szkoda, że przypuszczalnie jestem tam ostatni raz w tym roku. Fajnie byłoby jeszcze kiedyś tam zajrzeć. Salam alejkum, Aś.

Akcent bez związku z Euro 2012

Lidia mieszka w Polsce, a jej ojciec pochodzi z Ukrainy. Ona sama czuje się Ukrainką i traktowana jest jak osoba z mniejszości narodowej. Uczy się języków: polskiego, ukraińskiego, rosyjskiego, niemieckiego i z wszystkich mogłaby pisać maturę. Za to w ząb nie kuma angielskiego. To dziewczyna bardzo młoda, szczera, otwarta. Poznałam ją w trakcie ostatniej podróży z Zielonej Góry, gdy wybierała się na imprezę (bo żyje, o zgrozo, od imprezy do imprezy :)). Nie zauważyłam między nami specjalnych różnic kulturowych, a do siebie podeszłyśmy z dużą dozą tolerancji. Okazuje się, że gdy człowiek przypomni sobie, że każdy wiek ma swoje prawa, to z ledwo poznaną osiemnastolatką można sobie pogadać. I zaczyna zamiast różnic widzieć same podobieństwa, jak choćby brak zapału do j. angielskiego, krnąbrna, niepokorna natura czy Druga Połówka starsza o dekadę. Na pytanie, czy nie doświadczyła nigdy ze strony Polaków przykrości (bo nigdy nie ukrywa pochodzenia i przynależności), rzekła, że przecież ona toleruje wszystkich i oczekuje tego samego. A jak się nie podoba, idzie w swoją stronę. Ogromnie bezproblemowo. Pomogłam Lidii znaleźć w Poznaniu peron 4b (a nie 9 i 3/4, choć był tak samo schowany), wymieniłyśmy się telefonami. Ma dzwonić, gdy zawita na imprezie w Wawie.

Wołem pociągowym bywam…

gdy chcę pojechać na koncert, do fokarium, gdziekolwiek. Bo taniej. Oczywiście nie uśmiecha mi się jazda w ukropie, uff, ukropnie wielkim. Po każdej takiej jeździe z jednej strony klnę, na czym świat stoi, że to już ostatni raz, i fuuu, i że nie chcę, a z drugiej cieszę się, mogąc rozmawiać z ludźmi. Ma co dzień nie jest to takie łatwe – zatwardziałą domatorką będąc.

Kilka dni temu poznaliśmy z Rorq’iem w powrotnej TLK z Gdyni wielką fankę Björk i strzyżenia zwierzy szczekających. Dzięki rozmowie z nią dowiedziałam się o filmie z Islandką, którego nigdy nie powinnam oglądać oraz tego, że głupim pomysłem jest zostawanie zootechnikiem (by zostać hodowcą lam w Peru) przy tak doskwierającym wegetarianizmie. Nauczą Cię, jak oporządzić świnię, ale nic o lamie lamówkowej. Ani słowa.

Co więc z tą naszą ksenofobią?

Ogólnie ujmując. Podobno wszyscy Polacy to ukryci antysemici. Ja ostatniego Żyda spotkałam bardzo dawno temu. Zdenerwował mnie wtedy, spieszącą się na zajęcia w PSM. Gawędził, co też mu się wydaje, jakieś strasznie bzdurne bajania o życiu w stylu: wszyscy mówią >>studiuj<<, a przecież studia nie uczą niczego dobrego; wolno spóźniać ci się na zajęcia cały kwadrans, więc studia uczą jedynie lenistwa. Wybaczcie, ale jak na moje ówczesne standardy były to bzdury. Poza tym nie miałam najmniejszej ochoty wędzić gościa w piecu. Czy mimo to jestem antysemitką? Ech.

Niechęć za to faktyczną czuję do Cyganów. Bez względu na to, czy to wina propagandy, że Cygan przyjdzie do ciebie, okradnie i spali dom, czy raczej ogólnego, zionącej z tej nacji cwaniaczkowatości. Dzieci nie są posyłane do szkół, kobiety są służącymi i żywymi inkubatorami, ale wszyscy jak jeden wyżelowani i obwieszeni złotem. Co robią, gdzie pracują? Nic i nigdzie. Brrr! Pozytywami są tu: piękna muzyka i ogólna muzykalność tych ludzi i umiejętności wróżbiarskie (jak chcecie, ale mnie tam ezoteryka jara całkiem całkiem).
A może ta niechęć do społeczności romskiej jest jakąś traumą wyniesioną z małego miasteczka, w jakim się wychowywałam? A nuż będzie okazja przysiąść się do jakiegoś Roma w pociągu i te traumy pogubić?

[Małomiasteczkowe dziadostwo to temat na zupełnie inny wpis; na razie niech będzie zmasakrowany Bursa jako trailer; słuchacie na własną odpowiedzialność]

W tym miejscu chcę podziękować Basi (azjatyckicukier.com), która stała się dla mnie inspiracją do poznawania innych kultur, tchnęła we mnie odwagę, by zagadywać, pytać, dowiadywać się i wyzwalać się od utartych schematów i stereotypów.

festiwalowa Björk na świeżym powietrzu z piwkiem w ręce

Byłam. Widziałam. Kolejna rzecz do wykreślenia z listy: Zobaczyć/zrobić przed zejściem śmiertelnym. Koncert Björk na tej przezacnej liście miał miejsce wysokie. A że przy okazji mogłam znów zobaczyć Fisza z Tworzywem Sztucznym i zmasakrować nogi w błocie, to już zupełnie inna bajka.

Heineken Open’er Festival to był dla mnie zawsze taki Woodstock, tyle że daleko i namaszczony elektroniką. Jak się później okazało – również burżujski. Po szybkiej kalkulacji wyszło nam jednak, jakoby TAKIE koncerty i TAKIE gwiazdy za 165 zł dniówki to wcale nie tak dużo. Wiedziałam o Björk i o dziadkach z New Order, a Fisz był dla mnie miłym zaskoczeniem.


[Nowy aranż, który w tym roku zmiażdżył; tu w wersji z 2009 roku]

Moje piórko na bis: to kawałek Tworzywa, którego oryginalna obudowa była dość lekka, a 4.07. nabrał prawdziwej mocy: był wyraźny, pełny tęsknot, porozgrzebywał najciemniejsze zakątki pomarszczonego orzeszka z głowy i pozostawił emocjonalne spustoszenie. Oprócz mojego bardzo osobistego podejścia do tego utworu, muszę podkreślić też fakt bardzo udanego otwarcia festiwalu przez nieplastikowe, polepione dźwięki, Emadego oraz pana F. – Wielkie Brwi.

Co później? Jakieś straszne nudy na głównej scenie (szło się tylko zabunkrować w ogródku piwnym i przeczekać….)

Zdecydowanie najmocniejszym punktem tego występu były kolorowe włosy wokalistki -_-

Jakoś około 22.00 scena zmieniła się w połyskującą taflę wody, no, oczywiście nie dosłownie. Dużo bardzo ukochana Islandka z dużo bardzo ukochanym materiałem z ostatniej płyty zmieszanym z wcześniejszym dorobkiem. Przez prawie półtorej godziny stałam oczarowana energią płynącą z estrady (tak tak, z estrady, bo scena to podobno pojęcie nieadekwatne, jeśli chodzi o wydarzenia muzyczne) i strojem, wyglądającym mniej więcej tak:

Wiem, że Björk nie jest lamą. Niech będzie to zatem moja luźna interpretacja tematu. Jak przedstawia się strój Björk na Heineken Open'er Festival 2012: mamy tu dużo gradientowych kolorów, suknię łączoną z dwóch (cekiny i chyba satyna), granatowe getry, jasne koturny i burzę rudych loczków - nie mam pojęcia czy to aby nie była peruka...

Wiem, że Björk nie jest lamą. Niech będzie to zatem moja luźna interpretacja tematu. Jak przedstawia się strój Björk na Heineken Open’er Festival 2012: mamy tu dużo gradientowych kolorów, suknię łączoną z dwóch (cekiny i chyba satyna), granatowe getry, jasne koturny i burzę rudych loczków – nie mam pojęcia czy to aby nie była peruka…

Wklejam, bo Gigi pytała. Zdjęcia nie dodam, bo nie wolno było pstrykać i z szacunku nie pstrykałam. Jedynym kawałkiem, który nie pojawił się na żadnym z albumów, a z tego co kojarzę, był częścią jakiejś kampanii  (i świetnie zabrzmiał na koncercie) była Náttúra:

Ze starych nieobecnych najbardziej zabrakło mi piosenki Oceania (album Medúlla), który do scenerii pasowałby idealnie:

I to tyle z zastrzeżeń. Biophilia zaprezentowana została przez kawałki moim zdaniem najlepsze, był też materiał z Homogenic i Vespertine. Pagan Poetry wymiótł:

Na koniec ZIEW ORDER. Czemu? A, bo tak. Do samego kawałka, co się w teledysku leją po mordach na początku (True Faith w sensie), oczy zachodziły mi łzami i miałam nadzieję być wszędzie, byle nie tam, gdzie te dziadki. Naprawdę rozruszałam się chyba dopiero po godzinie, przy Blue Monday:


[Wersja z Glasgow z o wiele lepszym nagłośnieniem tego okrutnie lichego, starczego wokalu]

I ciekawostka: utwory Joy Division grane na HOF2012 prawie z taką częstością, w mym mniemaniu, jak niuorderowe. Aha, czyli swojego dobrego nie ma co pokazać i trzeba lecieć na repertuarze statka-matki? Pełne setlisty z pierwszego dnia na głównej scenie Heineken Open’er Festival 2012 na blogu Rorq’a

EFEKTY SPECJALNE: opady i obłoty. O nich będzie innym razem, przy okazji zdjęć z podróży.

OCENA WARSTWY MUZYCZNEJ: Tu nasze, sharotkowo-rorqowe zdania niewiele się różnią. Być może tylko jestem mniej obiektywna. To oczywiście dobrze wydane pieniądze (poza 6zł na kubek piwa, ale nic to). Zarówno Tworzywo Sztuczne jak i Björk dały dobre, klasowe występy, a więc spełniły moje oczekiwania i widzimisię w 123%. W przyszłym roku może uda nam się znaleźć coś dla siebie w Jarocinie? Kto wie.

Filmowe bezguście…

to ja. Jeśli wierzyć wyglądowi roztrzepanej licealistki, a nie metryce, to zbyt wiele dobrego kina łyknąć nie dałam rady w swym krótkim życiu. Być może zbyt wielu filmów nie doceniam, a te, które wreszcie do mnie dotarły, są tak naprawdę chłamem. Nie wiem.

Zacznijmy zatem mały przegląd moich ulubieńców. Nie wiem, czy dzielić ich reżyserami, czy może alfabetycznie lub gatunkowo, dlatego zastosuję własny tajemny, chaotyczny system.

Czarny humor

Dorobek Tima Burtona – ten pan od małego miał coś z garem; groteska i kpiący stosunek do śmierci to u niego constans; z jednym z pierwszych jego filmów, jaki widziałam za szczenięctwa, był Pee Wee. Potem było już tylko coraz lepiej. Mój absolutnie ulubiony reżyser. W bonusie piosenka z nawiedzonego domu:

Addams Family – ni to wampiry, ni ludzie; ten potwornie uroczy klan miał ogromny wpływ na moje dzieciństwo (do tej pory uważam, że Wednesday mogłaby być jedną z moich urojonych osobowości). Gdyby można było tak bardzo odizolować się od ludzi (wzbudzając w nich strach, jednocześnie bez robienia z siebie pokraki typu goth), to o wiele rzadziej ludzie umieraliby od słuchania głupków.

Postmodernizm

Fight Club – czyli film o tym, czy ego człowieka może zwyciężyć w walce z jego białym kołnierzykiem managera. Ludzie zapominają, że to nie dobytek ich określa, lecz to, jacy są. Sądzę, że gdyby Mozart żył dzisiaj, miałby podobne zdanie. Tylko czy realnym jest żyć po swojemu, wolnym od tempa życia i generowanych przez reklamę, rzekomo naszych potrzeb? Cytując słowa mojego profesora-promotora, nasze pokolenie [młodzi] jest skonsumowane. Amen.

The Matrix – biały kołnierzyk, któremu nadano przymioty Alicji z krainy czarów: przechodzi na drugą stronę lustra, dowiaduje się alternatywnej prawdy nie tylko o świecie, ale i o własnych możliwościach. Raz jest żołnierzem, raz superbohaterem, stającym do pojedynku na Dzikim Zachodzie (informacji, reklamy, techniki, nad którymi stracono kontrolę). Film (jedynie słuszna część pierwsza) z końca poprzedniego wieku, będący idealnym oddaniem nastrojów i obaw przed cybernetycznym światem.

Dramaty

Breakfast at Tiffany’s – gorzki film z nutą komedii. Carpe diem zdaje się być najlepszym mottem. Holly Golightly skłonna jest do wyjścia za mąż z rozsądku, czym udowadnia tylko, że godzi się na zdradę samej siebie, byle by tylko nie głodować. Kim w zasadzie jest? Wariatką? Lekkoduchem? Czy idiotką, jak mówi się o niej? Dla mnie to człowiek chory z tęsknoty za prawdziwą miłością, która udowodni jej, że pieniądze to nie wszystko. Rola kota imieniem Kot absolutnie rewelacyjna.

Sweet November – Kochać życie? Jest na to kilka sposobów. Można być hiperambitnym japiszonem i nabijać sobie kabzę i nie kochać nikogo poza sobą. Można też takiemu japiszonowi wywrócić życie do góry nogami z miłości do życia, które jest bardzo ulotne. Na tym filmie ryczę zawsze, bo przypomina mi, co jest w życiu najważniejsze.

The Libertine – czyli historia pewnego niepokornego hrabiego. John jest jednak nie tylko uwodzicielem, ale i głęboko nieszczęśliwym człowiekiem, chorym na cynizm. Film biograficzny z Johnnym Deppem i Johnem Malkovichem w rolach głównych. Oglądałam go sześć razy. Za każdym odkrywam kolejne dno i beczę. Zdecydowany faworyt.

Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles – adaptacja powieści o wampirach. Film znany chyba każdemu. Tu wampiry nie błyszczą, za to uwodzą, straszą, bawią się w teatr i płoną w świetle dnia. Lecz tak naprawdę to dramat psychologiczny o moralnych rozterkach i  samotności (ten wątek podjęty został także w Draculi z Garym Oldmanem). Zabrakło mi tylko rozwinięcia tematu romansu między Louisem a Lestatem.

Leon – Mówi się, że Natalie Portman skończyła się po tym filmie. Być może. Cały obraz ma w sobie coś, co po obejrzeniu nie pozwala wrócić do codziennych zajęć, przynajmniej nie od razu.

seria: Nic śmiesznego – seria dołująca mocno, mimo komediowej narracji. Topos Adasia Miauczyńskiego istnieje w nas i wokół nas. Naprawdę nie ma z czego się śmiać. Nieważne, czy jesteś zawsze drugi, jesteś świrem, czy wspominasz patologię w domu rodzinnym. Do obejrzenia mam jeszcze część ostatnią, tę o kobietach, film, na którym domorośli krytycy zdążyli już powiesić masę psów.

Rezerwat [czyżby obyczaj?]- melanż fotograficzny na warszawskiej Pradze. Ile potrzeba, by zrobić zdjęcie z duszą? Okazuje się, że wystarczy naprawdę przejrzeć na oczy i zaprzyjaźnić się z półświatkiem, dotąd z pozoru groźnym. Młody, obiecujący reżyser. Warto zakochać się w rezerwacie.

Krwawa wyżywka

Saw – to resocjalizacja w najlepszej formie. Nie szanujesz życia swojego lub innych? Baam! Idziesz na terapię. Nauczysz się tam specjalnej, śmiertelnie niebezpiecznej gry, po której wyjdziesz oczyszczony z grzechów. Pierwsza i druga część są bezkonkurencyjne, o reszcie szkoda mówić. Czy może przerażać porwanie przez świńskich sługusów charakterystycznej kukiełki i pobudka w pułapce? Mnie ani trochę. Chyba że Ty masz coś na sumieniu.

Przerażacze

The Shining – powyższą wersję alternatywną trailera pokazał mi kiedyś znajomy. Prawdziwy obejrzałam dużo później, znając swoją nadwrażliwość na strachy. Co tu tak naprawdę przeraża? Duchy z zamkniętego pokoju? Przemęczony brakiem weny tatuś? A może zaburzony synek? W każdym razie kompozycyjne poszatkowanie filmu dniami tygodnia to zabieg mistrzowski.

The Orphanage – Wspominałam już o nim przy okazji Szeptów. Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Straszą tu dzieci, zdeformowane dzieci, psychodeliczne staruszki, dziwne zabawy i tajemnice odkrywane do po kawałku. Niby nic specjalnego, a jednak rusza.

Gender

The Girl with the Dragon Tattoo – czyli mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, za to uwielbiają rytualne mordy. Do tego etiudy kryminalne z kotem w tle. Więcej…

The Stepford Wives – czy nie chciałbyś mieć żony idealnej, niczym wyciętej z katalogu gospodyń domowych z lat ’50? Zawsze uśmiechnięte, „zrobione na bóstwo” i gotowe na dziki seks. Cóż to za dziwne miasteczko, w którym bizneswomen przechodzą duchową przemianę i rezygnują ze swych ambicji na rzecz usługiwania w domu? Cudowna, ulubiona Nicole Kidman w roli głównej.

Seksmisja – wybudzasz się z hibernacji i świat, który na Ciebie czeka, to nie dominacja matriarchatu, a prawdziwa zagłada płci brzydkiej. W Twoim przypadku naturalizacja. Poddasz się systemowi? W końcu to świat bez wojen, odwiecznej walki płci, podziałów i zagrożeń. Nikt tu nie pamięta, do czego mężczyźni byli przydatni, pigułka rozwiązuje przecież „problem” popędu. Uzbrój się więc święte jabłko, rzuć mięsnym: „k*rwa mać” i ruszaj ratować świat! Świetna polska komedia.

Małe plusy wędrują do…

Quentina Tarantino, za Cztery pokoje, Bękarty wojny i Pulp Fiction. Ale jeszcze sporo czasu minie, nim się tak wgryzę w jego twórczość, jak w Tima B.

Delicatessen – mnie tam ta makabra ubawiła; być może tak właśnie wegetarianie postrzegali mięsożerców za czasów PRL-u. Bo czemu by nie zjeść tej wstrętnej, upierdliwej  sąsiadki spod czwórki, skoro nie chciała się podzielić kartkami na podroby? [wklejone tutaj, a nie pod czarnym humorem, bo widziane tylko raz]

Malo brakowało…

… panu Larsowi von Trier. Zamysł niby zawsze fajny. Sposób pokazania historii, ale zawsze znajdzie się jakieś ALE. Albo przekombinowanie w Antychryście, albo z d*py wyciągnięte argumenty Selmy z Dancing in the Dark, kiedy idzie na szafot, to z kolei Dogville, w którym Grace doświadcza samych nieszczęść, łopatologicznie nam wciskanych. Dlaczego nie  można robić dobrego kina, tylko trzeba od razu dawać upust swym ambicjom?

Niech więc będzie na razie tyle. Może za jakiś czas napiszę o totalnych klapach, które powszechnie uznawane są za arcydzieła? Może.

Jak skutecznie NIE sprzedać, czyli aukcyjna masakra

Zdarza mi się czasami buszować po Allegro. To, co ostatnio mnie rozłożyło, to pewne przyjęte konwencje sprzedaży używanych ubrań. Postaram się je w miarę sensownie sklasyfikować na użytek wpisu. Są to niepisane zasady, w jaki sposób momentalnie obrzydzić zakupy on-line. Zatem:

1. Tap Madl

+ niedopasowana bielizna, pognieciony towar i nieziemska gra dłońmi

2. Pan wieszak w roli głównej

czasem z dodatkiem drzwi, szafy lub innego gustownego tła (czy to nie jest apetyczne?!)

3. Domorosły modowy fotograf,

czyli kupujemy płaszcz a la Buka, kurtkę niezapiętą na żadnym ze zdjęć i sukienkę, którą przykrywają żakiet i stół (na reszcie fot nie uświadczymy przodu sukienki w całej okazałości…)

4. Kot w worku

tak zwane nieprzebrane morze szmat

5. BONUS

małe i większe horrory fotograficzne okraszone futrem z norek i lisów, bajecznymi landszaftami i lateksową lalą

___________________________________________________________________________

* Chlubne wyjątki

nie zapomniałam o nich; pewnego rodzaju zaskoczeniem było dla mnie oglądanie całych serii ładnie „pstrykniętych” ubrań i do tego w przyzwoitych stylizacjach

Z tysiąca zakładek dałam radę dziś przejrzeć ok. piętnastu. Czasami dziwię się ludziom, że brak im poczucia estetyki. Potem przypominam sobie, że inni dziwią się, że nie mam prawa jazdy, nie czytam Grocholi, nie oglądam telewizji i że pewnie przez to nie wiem, jak zginęła Hanka Mostowiak. Zapominam, że jednym wystarczy przepuszczenie dwóch stów „na baletach” dla poprawy samopoczucia, podczas gdy ja zatapiam się w takich chwilach w dramatach filmowych albo muzyce klasycznej. Podczas gdy inni wrzucają karykatury zdjęć swoich starych ciuchów w sieć, ja swoje po cichu wyrzucam na śmietnik. W końcu niepotrzebne mi zaszczytne miejsce w paszkwilowatej galerii jakiegoś blogera 😉