Latający Cyrk Monty Pythona, czyli o (spaczonym?) poczuciu humoru

Pokaż mi, co cię bawi, a powiem ci, kim jesteś.

Rzadko bywa, by coś jeszcze śmieszyło. Ani polityka, ani wulgaryzmy. To w takim razie co? Humor czarny, absurdalny? Zawodowo. Nie wiem, jak Wy się tam zapatrujecie, ale jak dla mnie w Polsce sensownymi kabaretami  są tylko Hrabi (Kołaczkowską jestem wprost zauroczona) i Mumio. Inne do pięt nie dorastają (co prawda cieszyńscy Łowcy.B byli kiedyś śmieszni, ale zrobili się ciut miałcy).

Za to angielski humor: mniam. John Cleese wraz ze swą bandą. Chociaż może odcinkowo. Absurd w pełnym wymiarze godzin niesie ze sobą ryzyko wiszenia na żyrandolu lub gorzej. Wbrew pozorom nawet mnie to grozi.

Choćby to: po jaką cholerę usmażyłam sobie samej kilogram frytek (Rorq w robocie, a z Fokką żarciem się nie podzielę)? Teraz leżą zimne, obrażone. A planowały zrobić w zamrażarce zimowe mistrzostwa hokejowe. Się wydało.

By załagodzić może lęk przed kolejnymi wpisami, proponuję odrobinę kulturalniej niż zwykle:

P.S. Bazia nadal na zewnętrznej. Wczasuje się od matki, mała menda.

Były pociągi – była śmierć, ale była radość, bo był Hel

A co my sobie będziemy?! Film zrobimy! Materiały są, został nam montaż i narracja. Może Krysia Czubówna chciałaby nam pomóc? W końcu to z kamerą wśród zwierząt! Fok i kotów. Przepiękne widoki, których nie odda żaden film o trzeba tam być), ale przynajmniej dowiecie się, jak nasze wrażenia i to bynajmniej nie z fejsbuka rorqowego.

Co by tu jeszcze? Zjarany pysk. A nawet dwa, ale na porcelanowej cerze dużo lepiej widać malinowe wypieki. Foki cudne. Pierwszy raz na żywo zawsze chyba jest zapierający… Półwysep Helski nad Zatoką Gdańską to po prostu coś nie do opisania. Błyszcząca woda z obu stron, mnóstwo jodu, mewy, koty drzemiące na łodziach… Gratka. I oczywiście coś, co na moment pozwoliło mi oderwać się od marzeń o lofcie: Apartamentowiec FOKA!!! Ceny kupna – zabójcze, ale to w końcu nadmorskie kliteczki, więc superokazja.

Chcę, by było jasne: naprawdę robimy reportaż. Rzadko może jestem miła, za to zawsze szczera. I co prawda z podróży wrażeń jest więcej niż z samego Helu, ale przecież w pociągach, na dworcach i w miejscach, gdzie nie chciałabym znaleźć zwłok swoich wrogów, spędziliśmy w sumie 30 godzin, zaś na Helu tylko 11. Nie żałuję, będą konteksty, by lepiej rozprawiać w ElectroHead i na filolo. Tak oto podróż przedślubna pozwoliła spełnić jedno z moich wielkich, obłąkańczych marzeń (nie będę  już smęcić, że to tam miał być miesiąc miodowy). Wyjazd warty był wszystkich tych nerwów, strachu przed kibicami, marznięcia na dworcach, stania na jednej nodze przez osiem godzin w pociągu i debatowania z dresem, dlaczego to nie może puścić sobie w przedziale szmiry z telefonu (bo nie miał słuchawek, a myśmy nie pożyczyli, bo cudzych parchów nie lubimy), bo była też i kawa z automatu za 4,30 (BTW najdroższa w moim życiu), przerwa techniczna banku (terminale nie obsługiwały kart), spanie wczesnym popołudniem na plaży i zachlapane nogawki spodni, bo foki się sturlały do wody z kamyka metr od nas. A wszystko to wspomnienia. I będzie co dzieciom opowiadać. I będzie co dla polskiej kinematografii zachować. Nota bene, materiał godny Pulitzera.

Proszę, bądźcie cierpliwi. Tydzień powinien wystarczyć na montaż i załatwienie jakiejś szychy jako czytającego. Może jakieś typy? Niestety, Gustaw Holoubek  odpada. Ale za to John Cleese to byłaby gratka.

(wybaczcie jakość)

Dobra chałtura nie jest zła, czyli co bawi zielonogórzan?

Czy umiemy jeszcze płakać ze śmiechu za sprawą nieordynarnych, wysublimowanych żartów? A może to pic na wodę i trzeba nam odbitej na czole etyklietki „vulgaris popularis”?

Lubię się śmiać. Do rozpuku. Absurdalny humor wylewa mi się każdą czakrą. Jednakże nic tak nie zażenowuje jak kiepskie, kwasowe, sucharne „dowcipy”.

Pierwsza myśl przed przyjściem do Amfiteatru: „Pewnie znów, jak zwykle, wymęczę się i stwierdzę, że nic poza Mumio i Hrabi nie jest warte jakiejkolwiek uwagi, ALE ZOBACZYMY”

Impreza pt.: Dzień Strażaka. Hm. Strażackie stroje, piosenki. Mniam. Czas na program.
Śmichy-chichy z Gorzowa, śmichy z podtekstów seksualnych, chichy z alkoholizmu. Niby wszystko OK, ale nie wiem, może poczucie żartowania wyostrza mi się z wiekiem. Śmieszyło mnie bodaj kilka gagów. Resztę zilustrować trzeba tylko onomatopeicznym, wymownym: „Da-bum. Tssss.”

A a propos onomatopei – najładniejszy występ wieczoru:

Pewnie jestem niesprawiedliwa, ale cóż. Nie lepiej byłoby zamiast chałtur robić prawdziwy, ŚMIESZNY kabaret?