Najzabawniejszy tag na YT: My boyfriend does my makeup!

Klasyczny tag w youtube’owej społeczności ma kształt listy pytań do…,którą rozsyła się do innych vlogerów celem lepszego poznania się? Chyba szło mniej więcej o to.

Tag, o którym dziś będzie mowa, to coś zupełnie innego. Pierwszy, przy którym popłakałam się ze śmiechu. Pamiętacie, jak malowałam kiedyś Rorq’a? Poniższe filmy traktują o tym samym, ale w drugą stronę; wyobrażacie sobie, co by było, gdyby to Rorq pomalował mnie? 🙂 No, właśnie. Być może da się kiedyś namówić, bo, jak widać poniżej, śmiechu jest przy takim procesie mnóstwo. Zapraszam w podróż po vlogach:

*Agi i Gavin                                                                                             *grzeex3

Żona Gossa natomiast jest tak manualnie rozwinięta jak brat Michelle Phan:)

Tymczasem zmykam do malowania skrzynek. Może pokażę je Wam przy najbliższej okazji…

Reklamy

Filmowe bezguście…

to ja. Jeśli wierzyć wyglądowi roztrzepanej licealistki, a nie metryce, to zbyt wiele dobrego kina łyknąć nie dałam rady w swym krótkim życiu. Być może zbyt wielu filmów nie doceniam, a te, które wreszcie do mnie dotarły, są tak naprawdę chłamem. Nie wiem.

Zacznijmy zatem mały przegląd moich ulubieńców. Nie wiem, czy dzielić ich reżyserami, czy może alfabetycznie lub gatunkowo, dlatego zastosuję własny tajemny, chaotyczny system.

Czarny humor

Dorobek Tima Burtona – ten pan od małego miał coś z garem; groteska i kpiący stosunek do śmierci to u niego constans; z jednym z pierwszych jego filmów, jaki widziałam za szczenięctwa, był Pee Wee. Potem było już tylko coraz lepiej. Mój absolutnie ulubiony reżyser. W bonusie piosenka z nawiedzonego domu:

Addams Family – ni to wampiry, ni ludzie; ten potwornie uroczy klan miał ogromny wpływ na moje dzieciństwo (do tej pory uważam, że Wednesday mogłaby być jedną z moich urojonych osobowości). Gdyby można było tak bardzo odizolować się od ludzi (wzbudzając w nich strach, jednocześnie bez robienia z siebie pokraki typu goth), to o wiele rzadziej ludzie umieraliby od słuchania głupków.

Postmodernizm

Fight Club – czyli film o tym, czy ego człowieka może zwyciężyć w walce z jego białym kołnierzykiem managera. Ludzie zapominają, że to nie dobytek ich określa, lecz to, jacy są. Sądzę, że gdyby Mozart żył dzisiaj, miałby podobne zdanie. Tylko czy realnym jest żyć po swojemu, wolnym od tempa życia i generowanych przez reklamę, rzekomo naszych potrzeb? Cytując słowa mojego profesora-promotora, nasze pokolenie [młodzi] jest skonsumowane. Amen.

The Matrix – biały kołnierzyk, któremu nadano przymioty Alicji z krainy czarów: przechodzi na drugą stronę lustra, dowiaduje się alternatywnej prawdy nie tylko o świecie, ale i o własnych możliwościach. Raz jest żołnierzem, raz superbohaterem, stającym do pojedynku na Dzikim Zachodzie (informacji, reklamy, techniki, nad którymi stracono kontrolę). Film (jedynie słuszna część pierwsza) z końca poprzedniego wieku, będący idealnym oddaniem nastrojów i obaw przed cybernetycznym światem.

Dramaty

Breakfast at Tiffany’s – gorzki film z nutą komedii. Carpe diem zdaje się być najlepszym mottem. Holly Golightly skłonna jest do wyjścia za mąż z rozsądku, czym udowadnia tylko, że godzi się na zdradę samej siebie, byle by tylko nie głodować. Kim w zasadzie jest? Wariatką? Lekkoduchem? Czy idiotką, jak mówi się o niej? Dla mnie to człowiek chory z tęsknoty za prawdziwą miłością, która udowodni jej, że pieniądze to nie wszystko. Rola kota imieniem Kot absolutnie rewelacyjna.

Sweet November – Kochać życie? Jest na to kilka sposobów. Można być hiperambitnym japiszonem i nabijać sobie kabzę i nie kochać nikogo poza sobą. Można też takiemu japiszonowi wywrócić życie do góry nogami z miłości do życia, które jest bardzo ulotne. Na tym filmie ryczę zawsze, bo przypomina mi, co jest w życiu najważniejsze.

The Libertine – czyli historia pewnego niepokornego hrabiego. John jest jednak nie tylko uwodzicielem, ale i głęboko nieszczęśliwym człowiekiem, chorym na cynizm. Film biograficzny z Johnnym Deppem i Johnem Malkovichem w rolach głównych. Oglądałam go sześć razy. Za każdym odkrywam kolejne dno i beczę. Zdecydowany faworyt.

Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles – adaptacja powieści o wampirach. Film znany chyba każdemu. Tu wampiry nie błyszczą, za to uwodzą, straszą, bawią się w teatr i płoną w świetle dnia. Lecz tak naprawdę to dramat psychologiczny o moralnych rozterkach i  samotności (ten wątek podjęty został także w Draculi z Garym Oldmanem). Zabrakło mi tylko rozwinięcia tematu romansu między Louisem a Lestatem.

Leon – Mówi się, że Natalie Portman skończyła się po tym filmie. Być może. Cały obraz ma w sobie coś, co po obejrzeniu nie pozwala wrócić do codziennych zajęć, przynajmniej nie od razu.

seria: Nic śmiesznego – seria dołująca mocno, mimo komediowej narracji. Topos Adasia Miauczyńskiego istnieje w nas i wokół nas. Naprawdę nie ma z czego się śmiać. Nieważne, czy jesteś zawsze drugi, jesteś świrem, czy wspominasz patologię w domu rodzinnym. Do obejrzenia mam jeszcze część ostatnią, tę o kobietach, film, na którym domorośli krytycy zdążyli już powiesić masę psów.

Rezerwat [czyżby obyczaj?]- melanż fotograficzny na warszawskiej Pradze. Ile potrzeba, by zrobić zdjęcie z duszą? Okazuje się, że wystarczy naprawdę przejrzeć na oczy i zaprzyjaźnić się z półświatkiem, dotąd z pozoru groźnym. Młody, obiecujący reżyser. Warto zakochać się w rezerwacie.

Krwawa wyżywka

Saw – to resocjalizacja w najlepszej formie. Nie szanujesz życia swojego lub innych? Baam! Idziesz na terapię. Nauczysz się tam specjalnej, śmiertelnie niebezpiecznej gry, po której wyjdziesz oczyszczony z grzechów. Pierwsza i druga część są bezkonkurencyjne, o reszcie szkoda mówić. Czy może przerażać porwanie przez świńskich sługusów charakterystycznej kukiełki i pobudka w pułapce? Mnie ani trochę. Chyba że Ty masz coś na sumieniu.

Przerażacze

The Shining – powyższą wersję alternatywną trailera pokazał mi kiedyś znajomy. Prawdziwy obejrzałam dużo później, znając swoją nadwrażliwość na strachy. Co tu tak naprawdę przeraża? Duchy z zamkniętego pokoju? Przemęczony brakiem weny tatuś? A może zaburzony synek? W każdym razie kompozycyjne poszatkowanie filmu dniami tygodnia to zabieg mistrzowski.

The Orphanage – Wspominałam już o nim przy okazji Szeptów. Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Straszą tu dzieci, zdeformowane dzieci, psychodeliczne staruszki, dziwne zabawy i tajemnice odkrywane do po kawałku. Niby nic specjalnego, a jednak rusza.

Gender

The Girl with the Dragon Tattoo – czyli mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, za to uwielbiają rytualne mordy. Do tego etiudy kryminalne z kotem w tle. Więcej…

The Stepford Wives – czy nie chciałbyś mieć żony idealnej, niczym wyciętej z katalogu gospodyń domowych z lat ’50? Zawsze uśmiechnięte, „zrobione na bóstwo” i gotowe na dziki seks. Cóż to za dziwne miasteczko, w którym bizneswomen przechodzą duchową przemianę i rezygnują ze swych ambicji na rzecz usługiwania w domu? Cudowna, ulubiona Nicole Kidman w roli głównej.

Seksmisja – wybudzasz się z hibernacji i świat, który na Ciebie czeka, to nie dominacja matriarchatu, a prawdziwa zagłada płci brzydkiej. W Twoim przypadku naturalizacja. Poddasz się systemowi? W końcu to świat bez wojen, odwiecznej walki płci, podziałów i zagrożeń. Nikt tu nie pamięta, do czego mężczyźni byli przydatni, pigułka rozwiązuje przecież „problem” popędu. Uzbrój się więc święte jabłko, rzuć mięsnym: „k*rwa mać” i ruszaj ratować świat! Świetna polska komedia.

Małe plusy wędrują do…

Quentina Tarantino, za Cztery pokoje, Bękarty wojny i Pulp Fiction. Ale jeszcze sporo czasu minie, nim się tak wgryzę w jego twórczość, jak w Tima B.

Delicatessen – mnie tam ta makabra ubawiła; być może tak właśnie wegetarianie postrzegali mięsożerców za czasów PRL-u. Bo czemu by nie zjeść tej wstrętnej, upierdliwej  sąsiadki spod czwórki, skoro nie chciała się podzielić kartkami na podroby? [wklejone tutaj, a nie pod czarnym humorem, bo widziane tylko raz]

Malo brakowało…

… panu Larsowi von Trier. Zamysł niby zawsze fajny. Sposób pokazania historii, ale zawsze znajdzie się jakieś ALE. Albo przekombinowanie w Antychryście, albo z d*py wyciągnięte argumenty Selmy z Dancing in the Dark, kiedy idzie na szafot, to z kolei Dogville, w którym Grace doświadcza samych nieszczęść, łopatologicznie nam wciskanych. Dlaczego nie  można robić dobrego kina, tylko trzeba od razu dawać upust swym ambicjom?

Niech więc będzie na razie tyle. Może za jakiś czas napiszę o totalnych klapach, które powszechnie uznawane są za arcydzieła? Może.

Szepty – RECENZJA

14/6/12 – przedpremierowy pokaz na Ursynowie. Thriller (a może horror?) od stacji BBC (która, jak wiedzą wszyscy, szczyci się dobrymi produkcjami).

Jak to w Polsce bywało nie raz, nas rodzimy tytuł nijak się ma do oryginału (The Awakening). Co z rzeczy technicznych jeszcze? Reżyserem obrazu jest Nick Murphy, kompletnie nieznany mi człowiek, być może dlatego, że jak dotąd robił rzeczy raczej ,,niedziewczyńskie”. Danielowi Pembertonowi natomiast przypadło w udziale stworzenie muzyki. Kojarzyć możecie go choćby z Wrogów publicznych. Role pierwszoplanowe obsadzone zostały przez Rebeccę  Hall i Dominica Westa. Całkiem przystojna z nich para, ale równie dobrze mogliby być świeżynkami – tak bardzo ich nie jarzę.

Rysem historycznym jest Londyn roku 1920, otrząsający się ze swych traum po pierwszej wojnie światowej. Każdy radzi sobie z nimi jak potrafi. Fabuła przewiduje duchy w internacie, mordestwa oraz cyniczną, wyzwoloną absolwentkę Cambridge (bodaj), pisarkę, odzierającą ludzi z wiary w życie pozagrobowe. Kostiumy i scenografia sprawiają, że czujesz naftalinę w szafie, z której wypadają trupy z końca XIX wieku. Przemiłym akcentem jest fotografia (kolejny film po Rezerwacie, w którym tak dobrze poprowadzono ten wątek). Muzyka to poprawna konstrukcja symfoniczna spod szyldu ,,muzyki filmowej”. Jednak dla kogoś, kto potrzebuje emocjonalnego, dźwiękowego rozedrgania i popękania wszystkich czakr, co czyni np. oprawa do Rozpustnika, usłyszy prawie na pewno miłe plumkanie.

Czy The Awakening może pretendować do miana horroru?

Moim zdaniem – nie. Prawdziwy horror przeraża, w horrorze są zombiaki i Samara w studni, albo azjatyckie duchy wciągające nieszczęśników na drugą stronę lustra i dręczące chorymi odgłosami. Szepty snują raczej pełen oniryzmu dramat psychologiczny z elementami dreszczowca.

Ile jeszcze wygeneruje się tego typu filmów?

Pomysł przecież nie jest świeży. To, co oglądaliśmy w Innych czy Sierocińcu, tutaj przychodzi do nas jak bestia we fraku i z obciętymi pazurami. Zarówno klimat jest podobny, jak i konwencja ,,dziecięco-wojenna” (w The Orphanage tła historycznego w zasadzie brak). W Szeptach swoistą nowością będzie tylko sięganie do swych traum. Nie zrozumcie mnie źle – naprawdę lubię ten rodzaj kina. Ale dwa pierwsze miejsca mam już obsadzone.

Miłe niespodzianki

Numer jeden: Imelda Staunton – tutaj w roli gosposi, znana przede wszystkim z kreacji antypatycznej i apodyktycznej Dolores Umbridge z potterowych Insygniów Śmierci. W obu produkcjach wypada równie niepokojąco.

Numer dwa: majaczący gdzieś na trzecim planie gender.

Podsumowanie

Krótki romans z Szeptami wspominać będę miło. Postraszył mnie, ale nie aż tak, bym nie mogła spać w nocy. Szkoda kilku ciekawych wątków, o których zupełnie zapomniano na koniec. I szkoda też, że film niniejszy jest dowodem na trwanie postmodernizmu w jak najlepszym zdrowiu (pogłoski o jego końcu tym samym dementuję). Bo to jest tak, jakbyśmy żywili się przez rurkę wetkniętą w nasz własny żołądek.

Star Trek: The Next Generation

Dzisiaj żadnej recki, po prostu opowiastka o koszmarze gwiezdno-wojennym, bardzo ludzkich robotach z BSG i o byciu fanem Star Treka bez bycia Trekiem, oraz o moim osobistym, pierwszym kontakcie z Betazoidami, Klingonami i załogą statku klasy Galaxy.

Szczerze mówiąc, po traumie a la Gwiezdne Wojny, z bólem przychodziły mi myśli, jako bym kiedykolwiek jeszcze zaufała filmom bądź serialom sci-fi. Rorq zaczynał baaardzo delikatnie przekonywać, najpierw do Battlestar Galactica, dużo później zaś do Star Treka. Tu pokrótce o wrażeniach z każdej z serii.

Gwiezdne Wojny

Było to z sześć lat temu, gdy pomału wkraczałam w dorosłość. Okres nazywany poprzednim życiem. Niemniej, jako człowiek typu kobieta, do tego nieprzyzwoicie młoda, średnio interesował mnie Darth Vader z zaawansowaną astmą, plastikowi przebierańcy zwani kosmitami i wielce wyświechtane hasło walki dobra ze złem. Imperatorowi było wtedy bliżej do Festera Addamsa niż czarnego charakteru, a Jabba przypominał mi moją żyjącą jeszcze niestety wychowawczynię z piątej klasy podstawówki. Widziałam całość. O ile nowa seria jest cudnie plastikowa, ma w składzie Natalie Portman ubraną zacnie i ogólnie rzecz biorąc nie męczy tak bardzo, to stare części sagi były mi do głowy wpakowane siłą. I choć rozumiem przesłanie, pamiętam fabułę, a miecz świetlny uważam za broń przekozacką, samym filmem się brzydzę. Podejrzewam, że po tych latach i przez zdobytą wiedzę, kolejne obejrzenie przyniesie jedynie refleksję, że to płytki produkt popkultury z ładną muzyką (zawsze w C-dur lub a-moll –> co absolutnie nie ma związku z Vivaldim w zapowiedzi).

Największy plus:
+ wyjątkowo głupia, lecz jakże urocza parodia: Kosmiczne Jaja

Największy minus:
– młody Anakin bzyka podstarzałą Amidalę; zależność chłystka od starej baby z kasą przypomina mi panią Madonnę i jej przydupasów

Battlestar Galactica

I co my tu mamy? Serial o robotach, de facto bez robotów. W zasadzie remake, bo oryginalną serię podobno ciężko ogarnąć (może kiedyś?). Gdy robot to coś więcej niż android, bo mający własne ciało (tkankowe), uczucia, przekonania i wiarę, robi się całkiem ciekawie. Motyw radzenia sobie z „przemijaniem” – wielce ujmujący. Nie wiem, o co chodzi w ostatnim sezonie, ale oszukujmy się, że choć scenarzyści to wiedzieli. Cały serial bardzo przekonał mnie do mu podobnych sajens-fikszyn. Szczególnie takich, które mówią o ludziach, pozwalają sobie zadać kilka egzystencjalnych pytań, zatrzymać się na chwilę…

Największym plusem…
+ … nie jest Apollo (szok?) ani miła muzyczka (jak niżej), tylko Gaius Baltar – do cna zepsuty, moralne zero; jakim cudem widzi anioły? Ha!

Największym minus:
– dwie szkarady: Cylon rozmiar szósty i Starbuck; być może to tylko ta moja wrodzona niechęć do blondynek…

Star Trek

Tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do gwiezdnych podróży. Sprawę na wstępie trzeba nakreślić, by się nie ludź nie pogubił. Kapitan Kirk może i powala uśmiechem, ale fanką Original Series nie będę choćby z takiego powodu:

Być może przebrniemy kiedyś przez starą serię, głowy nie dam. Do takiego oldschoolu ciężko przywyknąć. Natomiast Następne Pokolenie weszło w życie me z pół roku temu, choć początkowo (uległszy skojarzeniom star-łors-star-trek) miałam mieszane uczucia, to (jak już wiadomo) nowa, piękna masa odcinków zauroczyła mnie z miejsca. Głównym postaciom początkowo brakuje co prawda luzu (na szczęście odnajdują go z czasem), natomiast znów mamy do czynienia z historiami i problemami, wcale nie wykraczającymi poza Ziemię. Chłonąc już czwarty sezon (każdy z nich niezwykle długi) plus część filmów fabularnych, miałam okazję zająć głowę problemami moralności, etycznymi niuansami, sprawami: człowieczeństwa jako takiego, niewolnictwa, eutanazji, zemsty, zażyłości rodzinnych, niepełnosprawności, starości, różnic kulturowych, [ślepej] wiary i kategorii boskości i wielu innych. Zdziwieni?

Ja: bynajmniej. Prócz powyższych, spotykamy się z nienachalnymi nawiązaniami literackimi oraz filozofią (w tym gender). Przy tym wszystkim prędkość impulsowa, fazery, Warp 9 i kolaboracje z Romulanami, w języku babci-lektorki z filmów Antonisza, to Male Piwo.

Podział rasowy

Co planeta, to w zasadzie nowi przebierańcy. W TNG mamy multum humanoidów i kopy stworzeń, którym bliżej wyglądem do diody LED albo innych kryształków soli. Cokolwiek. krótki przegląd najważniejszych ras:

Ludzie – choć nie są przebrani, występują w „niewielu kopiach”; co jeden to dziwniejszy; po pewnym czasie wiadomo już jednak, że Riker na pewno pobzyka, La Forge na bank nie pobzyka, Picard znów będzie wyrozumiałym wujkiem i czasem uda mu się wyrwać jakąś miłą panią, a Weasley Crusher (czy też Wil Wheaton, jak kto woli) znów będzie kujońską piczką roztropniczką. Nie koniecznie najbardziej ludzcy, za to przykładni oficerowie Gwiezdnej Floty. Czemu nie mówię tu o kobietach? Bo te na szczęście potrafią zaskakiwać (z wyjątkiem wielbionej Lt. Tashy Yar – ta zaskoczyć potrafiła ewentualnie jeszcze większą drętwotą).

Betazoidzi – ci czujący… Porozumiewają się telepatycznie, wgapiają się wszyscy jednym rodzajem czarnych szkieł kontaktowych, każdy ma ciut innego fisia; w naszej nomenklaturze zwani wariatami lub wiedźmiństwem. Deanna Troi (empatka i… wiewióra?) z głupim akcentem i inteligencją emocjonalną walącą „na cycki”; ulubione cytaty: Wyczuwam coś! Ból, ogromny ból! Matko jedyna! O mały włos nie napisano jej kwestii w stylu: Moje empatyczne zdolności mówią mi, że nie umyłeś pachy i nie wyszorowałeś kopyt. Dużo ciekawszą postacią jest Matka Deanny – Lwaxana. Bezczelna, pewna swojej seksualności, bezpośrednia, męcząca, gadatliwa, irytująca (taka ja za trzydzieści lat…). Rorq jada ją łyżeczkami, a przy okazji zastanawia się, jakie wskazówki odnośnie roli Gene Roddenberry dał swojej własnej żonie, hm: Kochanie, bądź sobą ???

Klingoni – czyli, jak się zdaje, hamerykańska koncepcja ludów pierwotnych. Mega atawizm. Aż dziw, że wykształcili mowę artykułowaną [nieco bardziej rozwiniętą od: Jestem dudży Mudżyn, ja tobie zrobić wielka buba!]. Mają własny, czczony przez Treków język, oparty w sporej mierze na iloczasie, jerach i innych esceesowych bzdurach (żart filologiczny). Miło się na nich patrzy, każde czoło inne, czoło Worfa nawet podwójnie. Najciekawszą z bandy jest K’Ehleyr, pół-kobieta, o całkiem lotnym umyśle i  z poczuciem humoru.

Q – złośliwy zgrywus; do tego nieśmiertelny i niemal wszechmocny; wielka gratka; przysparza sobie wrogów w całej galaktyce, powód pierwszego ever facepalmu Picarda; to prawdziwy aspołeczny szubrawiec.

Borg – nie do końca android, nie zupełnie Cylon. Po prostu Borg, kolektywny umysł. Z pewnością kojarzycie freaków z powszczepianymi kawałkami metali pod skórę, albo koty z czipami. No. Do tego Doktor Laser zamiast oka i jak mantra powtarzane słowa: Poddajcie się! Zostaniecie zasymilowani, opór jest bezcelowy. No, grali i trąbi zespół KombiChrystus.

Data – jako android, dzieło Doktora Soonga, jest w zasadzie jednym z najrzadszych, inteligentnych form życia w przestworzach. Ale jest, ma się dobrze, karmi kota, mimo że z trudnością przychodzi mu rozumienie ludzkich uczuć. A na polskie: chętnie zdiagnozuję go jako jednego z tych genialnych idiotów z symptomami zespołu Aspergera. Taka inkarnacja Bazyla z pozytronowym mózgiem.

Oglądam często, skąd bliska droga do uzależnienia. Łysy kapitan śni mi się po nocach, a USS Foczynos zabiera Rorqowi godziny snu w Star Trek Online.
Czy wolno nazwać nas Trekami? Tylko jeśli sprawicie nam kultowe dresy floty wraz z komunikatorami.

Największy plus:
+ holodek

Największy minus:
– kij w żopie w pierwszych sezonach [bez związku z poniższymi]

***
Live Long And Prosper \\//_