Filmowe bezguście…

to ja. Jeśli wierzyć wyglądowi roztrzepanej licealistki, a nie metryce, to zbyt wiele dobrego kina łyknąć nie dałam rady w swym krótkim życiu. Być może zbyt wielu filmów nie doceniam, a te, które wreszcie do mnie dotarły, są tak naprawdę chłamem. Nie wiem.

Zacznijmy zatem mały przegląd moich ulubieńców. Nie wiem, czy dzielić ich reżyserami, czy może alfabetycznie lub gatunkowo, dlatego zastosuję własny tajemny, chaotyczny system.

Czarny humor

Dorobek Tima Burtona – ten pan od małego miał coś z garem; groteska i kpiący stosunek do śmierci to u niego constans; z jednym z pierwszych jego filmów, jaki widziałam za szczenięctwa, był Pee Wee. Potem było już tylko coraz lepiej. Mój absolutnie ulubiony reżyser. W bonusie piosenka z nawiedzonego domu:

Addams Family – ni to wampiry, ni ludzie; ten potwornie uroczy klan miał ogromny wpływ na moje dzieciństwo (do tej pory uważam, że Wednesday mogłaby być jedną z moich urojonych osobowości). Gdyby można było tak bardzo odizolować się od ludzi (wzbudzając w nich strach, jednocześnie bez robienia z siebie pokraki typu goth), to o wiele rzadziej ludzie umieraliby od słuchania głupków.

Postmodernizm

Fight Club – czyli film o tym, czy ego człowieka może zwyciężyć w walce z jego białym kołnierzykiem managera. Ludzie zapominają, że to nie dobytek ich określa, lecz to, jacy są. Sądzę, że gdyby Mozart żył dzisiaj, miałby podobne zdanie. Tylko czy realnym jest żyć po swojemu, wolnym od tempa życia i generowanych przez reklamę, rzekomo naszych potrzeb? Cytując słowa mojego profesora-promotora, nasze pokolenie [młodzi] jest skonsumowane. Amen.

The Matrix – biały kołnierzyk, któremu nadano przymioty Alicji z krainy czarów: przechodzi na drugą stronę lustra, dowiaduje się alternatywnej prawdy nie tylko o świecie, ale i o własnych możliwościach. Raz jest żołnierzem, raz superbohaterem, stającym do pojedynku na Dzikim Zachodzie (informacji, reklamy, techniki, nad którymi stracono kontrolę). Film (jedynie słuszna część pierwsza) z końca poprzedniego wieku, będący idealnym oddaniem nastrojów i obaw przed cybernetycznym światem.

Dramaty

Breakfast at Tiffany’s – gorzki film z nutą komedii. Carpe diem zdaje się być najlepszym mottem. Holly Golightly skłonna jest do wyjścia za mąż z rozsądku, czym udowadnia tylko, że godzi się na zdradę samej siebie, byle by tylko nie głodować. Kim w zasadzie jest? Wariatką? Lekkoduchem? Czy idiotką, jak mówi się o niej? Dla mnie to człowiek chory z tęsknoty za prawdziwą miłością, która udowodni jej, że pieniądze to nie wszystko. Rola kota imieniem Kot absolutnie rewelacyjna.

Sweet November – Kochać życie? Jest na to kilka sposobów. Można być hiperambitnym japiszonem i nabijać sobie kabzę i nie kochać nikogo poza sobą. Można też takiemu japiszonowi wywrócić życie do góry nogami z miłości do życia, które jest bardzo ulotne. Na tym filmie ryczę zawsze, bo przypomina mi, co jest w życiu najważniejsze.

The Libertine – czyli historia pewnego niepokornego hrabiego. John jest jednak nie tylko uwodzicielem, ale i głęboko nieszczęśliwym człowiekiem, chorym na cynizm. Film biograficzny z Johnnym Deppem i Johnem Malkovichem w rolach głównych. Oglądałam go sześć razy. Za każdym odkrywam kolejne dno i beczę. Zdecydowany faworyt.

Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles – adaptacja powieści o wampirach. Film znany chyba każdemu. Tu wampiry nie błyszczą, za to uwodzą, straszą, bawią się w teatr i płoną w świetle dnia. Lecz tak naprawdę to dramat psychologiczny o moralnych rozterkach i  samotności (ten wątek podjęty został także w Draculi z Garym Oldmanem). Zabrakło mi tylko rozwinięcia tematu romansu między Louisem a Lestatem.

Leon – Mówi się, że Natalie Portman skończyła się po tym filmie. Być może. Cały obraz ma w sobie coś, co po obejrzeniu nie pozwala wrócić do codziennych zajęć, przynajmniej nie od razu.

seria: Nic śmiesznego – seria dołująca mocno, mimo komediowej narracji. Topos Adasia Miauczyńskiego istnieje w nas i wokół nas. Naprawdę nie ma z czego się śmiać. Nieważne, czy jesteś zawsze drugi, jesteś świrem, czy wspominasz patologię w domu rodzinnym. Do obejrzenia mam jeszcze część ostatnią, tę o kobietach, film, na którym domorośli krytycy zdążyli już powiesić masę psów.

Rezerwat [czyżby obyczaj?]- melanż fotograficzny na warszawskiej Pradze. Ile potrzeba, by zrobić zdjęcie z duszą? Okazuje się, że wystarczy naprawdę przejrzeć na oczy i zaprzyjaźnić się z półświatkiem, dotąd z pozoru groźnym. Młody, obiecujący reżyser. Warto zakochać się w rezerwacie.

Krwawa wyżywka

Saw – to resocjalizacja w najlepszej formie. Nie szanujesz życia swojego lub innych? Baam! Idziesz na terapię. Nauczysz się tam specjalnej, śmiertelnie niebezpiecznej gry, po której wyjdziesz oczyszczony z grzechów. Pierwsza i druga część są bezkonkurencyjne, o reszcie szkoda mówić. Czy może przerażać porwanie przez świńskich sługusów charakterystycznej kukiełki i pobudka w pułapce? Mnie ani trochę. Chyba że Ty masz coś na sumieniu.

Przerażacze

The Shining – powyższą wersję alternatywną trailera pokazał mi kiedyś znajomy. Prawdziwy obejrzałam dużo później, znając swoją nadwrażliwość na strachy. Co tu tak naprawdę przeraża? Duchy z zamkniętego pokoju? Przemęczony brakiem weny tatuś? A może zaburzony synek? W każdym razie kompozycyjne poszatkowanie filmu dniami tygodnia to zabieg mistrzowski.

The Orphanage – Wspominałam już o nim przy okazji Szeptów. Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Straszą tu dzieci, zdeformowane dzieci, psychodeliczne staruszki, dziwne zabawy i tajemnice odkrywane do po kawałku. Niby nic specjalnego, a jednak rusza.

Gender

The Girl with the Dragon Tattoo – czyli mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, za to uwielbiają rytualne mordy. Do tego etiudy kryminalne z kotem w tle. Więcej…

The Stepford Wives – czy nie chciałbyś mieć żony idealnej, niczym wyciętej z katalogu gospodyń domowych z lat ’50? Zawsze uśmiechnięte, „zrobione na bóstwo” i gotowe na dziki seks. Cóż to za dziwne miasteczko, w którym bizneswomen przechodzą duchową przemianę i rezygnują ze swych ambicji na rzecz usługiwania w domu? Cudowna, ulubiona Nicole Kidman w roli głównej.

Seksmisja – wybudzasz się z hibernacji i świat, który na Ciebie czeka, to nie dominacja matriarchatu, a prawdziwa zagłada płci brzydkiej. W Twoim przypadku naturalizacja. Poddasz się systemowi? W końcu to świat bez wojen, odwiecznej walki płci, podziałów i zagrożeń. Nikt tu nie pamięta, do czego mężczyźni byli przydatni, pigułka rozwiązuje przecież „problem” popędu. Uzbrój się więc święte jabłko, rzuć mięsnym: „k*rwa mać” i ruszaj ratować świat! Świetna polska komedia.

Małe plusy wędrują do…

Quentina Tarantino, za Cztery pokoje, Bękarty wojny i Pulp Fiction. Ale jeszcze sporo czasu minie, nim się tak wgryzę w jego twórczość, jak w Tima B.

Delicatessen – mnie tam ta makabra ubawiła; być może tak właśnie wegetarianie postrzegali mięsożerców za czasów PRL-u. Bo czemu by nie zjeść tej wstrętnej, upierdliwej  sąsiadki spod czwórki, skoro nie chciała się podzielić kartkami na podroby? [wklejone tutaj, a nie pod czarnym humorem, bo widziane tylko raz]

Malo brakowało…

… panu Larsowi von Trier. Zamysł niby zawsze fajny. Sposób pokazania historii, ale zawsze znajdzie się jakieś ALE. Albo przekombinowanie w Antychryście, albo z d*py wyciągnięte argumenty Selmy z Dancing in the Dark, kiedy idzie na szafot, to z kolei Dogville, w którym Grace doświadcza samych nieszczęść, łopatologicznie nam wciskanych. Dlaczego nie  można robić dobrego kina, tylko trzeba od razu dawać upust swym ambicjom?

Niech więc będzie na razie tyle. Może za jakiś czas napiszę o totalnych klapach, które powszechnie uznawane są za arcydzieła? Może.

Reklamy

Informacje Shari
Enneagramiczna 4w5 (aspołeczna indywidualistka). Żyję sztuką i potrzebą jej tworzenia; żywię się słodkimi, słabymi piwami (czyt.: wegetarianka). Jestem domorosłą florystką i fryzjerką. Bawią mnie absurdalne rzeczy i abstrakcyjny humor. Wierzę w to, że człowiek bez ogromnej, dziecięcej wręcz wyobraźni jest wewnętrznie ubogi.

2 Responses to Filmowe bezguście…

  1. Gigi says:

    obejrzyj więc „Idiotów” i „Melancholię” p. Larsa – warto!

    a co z „Amelią”? juz nie przyćmiewa? świat przedstawiony i bohaterka moim zdaniem na miarę „Brekfastu…”;)

    • sharotka says:

      Zastanawiałam się, czy jej nie ująć [Amelii]. Ostatecznie całość faktycznie dobra, Audrey o dziwo OK (ale to chyba jej jedyna fajna rola). Widać czegoś jej brakuje, tak samo jak Dude, where’s my car? czy Piratom z Karaibów. Obiecuję suplement, ale to za kilka tygodni 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: