Drugi punkt na mapie Warszawy to Pałac Prezydencki, Krakowskie Przedmieście i okolice centrum. 10 kwietnia, w drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej wybraliśmy się z Rorq’iem w miasto.
QUIZ-ZAGADKA: po czym poznać Prawdziwego Polaka Patriotę? To oczywiste: polska flaga zatknięta na kij od miotły, na kożuchu małe ZPT (pieczołowicie wyrysowany znak Polski Walczącej na biało-czerwonym tle) i kebab w ręce.
Polska Walczy (ramię w ramię ze swoją manią prześladowczą)
Pogoda ładna, pora wieczorowa, postanowiliśmy połazić, zobaczyć Jarka na żywo. Co trzy metry potykaliśmy się o porozbijane znicze. Burdy nie było, ale za to dużo domniemań graniczących z pewnością, oskarżycielskich transparentów, wiecheć dla Jarka i takie tam. Po co?
Widzicie tego ducha z biało-czerwoną flagą na pierwszym planie?
Nocna przechadzka… i jeszcze kilka zdjęć w tak zwanym międzyczasie.
W-wa Powiśle. Te lampki w tunelu to nasze tu-tum do domu.
Krótki komentarz a la słowo na czwartek: Takie rzeczy to zwykle widywało się w telewizji (której aktualnie brak). Podobnie, jak wczorajszy widok eskorty premiera Chin nieopodal Łazienek i demonstrujący Tybetańczycy. Rarytas. Zacietrzewieni Polacy zaś są raczej smutnym obrazkiem.
Wrażenia: fajnie, że obyło się bez aktów agresji; za to szczerze nienawidzę tłumów, wspominałam już? i jeszcze jedno: zdjęcia wieczorne, bez lampy i stabilizatora, by w ogóle wyszły - że gatunkowo niecudne, wiem.
A czemu nie? Wystarczy wiedzieć, od czego zacząć małe tét a tèt.Na pierwszy ogień poszło:
Powstanie Warszawskie '44
Ale po kolei. Jako że ja dotąd wiedziałam o powstaniu tyle, że godzina “W”, i że Polska Walczy, i że się nie powiodło, a Rorq o tymże może o drugiej w nocy po przebudzeniu recytować serie faktów, należało się wybrać. W końcu moja wrodzona ignorancja ma swoje granice… (fotorelacja pozbawiona widoków replik grobów i kadrów z filmów dokumentalnych o zbieraniu ciał z ulic; przecież nie jestem sadystką).
Sala małego powstańca. Miejsce z modelami i zabawkami. Listami od dzieci również. Chyba najmniej dołująca część ekspozycji, być może przez osobliwą wyliczankę: Wpadła bomba do piwnicy / napisała na tablicy / SS głupi pies…
Pieczątki w kąciku ZPT nawiązują już do młodzieży roznoszącej listy…
Apaczy nie skalanych astygmatyzmem zachęcam do odszukania na koszuli dziur po pociskach.
Zdjęcie w tle opatulone gruzami.
Święte, obstrzelane 5. Dalej dokumenty: plakaty, obwieszczenia…
… a w najintymniejszym kącie protokoły ekshumacji na terenie całej Warszawy.
Mapki zamieszczam na wypadek, gdyby ktoś wybrał taki właśnie sposób zwiedzania stolicy.
Na koniec jeszcze kilka pamiątek i militariów.
Ściana poświęcona m.in. węgierskim i słowackim oddziałom, przybyłym z odsieczą.
Pani Sawa.
Krótki komentarz a la słowo na czwartek: przyjechałam tu z nastawieniem, że Warszawa mi się spodoba. Po ponownym podziale W-wy, bardzo osobistym (na Warsa i Sawę), przyjechałam z otwartą głową. Znam malkontenckie teksty, że Stolyca brzydka. Tyle że w ’44 roku po padace Hitlera nie było co zbierać. Jak niby ma się bronić miasto, które liczy sobie de facto około siedziemdziesięciu lat? Być może historią i pamięcią. Na YT jest mnóstwo zdjęć przedwojennej Warszawy, która zabudową nie różniła się wiele od Budapesztu czy Paryża.
Jako że w ostatnią niedzielę siedziałam w domu sam na sam z moją nieszczęsną pracą licencjacką, a głód rozpychał się po bebechach, postanowiłam działać. Oczywiście, podług praw Murphy’ego, świat się sprzeniewierza w najmniej oczekiwanym momencie i znalezienie w domu czegoś sensownego do jedzenia jest tak proste jak odszukanie Atlantydy.
Ale do rzeczy. Soczewica. Soczewica? Zielona. Do tego parę warzywek: pomidory, czerwona i zielona papryka, kukurydza, garstka groszku, całość okraszona kilkoma ząbkami czosnku w oleju z przyprawami (i odrobiną samego oleju), sosem sojowym, bazylią, oregano (i żółtym serem – bardzo opcjonalnie, przecież miało być wegańsko). Soczewica sobie w garze, nawinięte sobie – na patelni – się duszą.
UWAGA! Pamiętajcie, że proporcje są niezwykle ważne, a przy odrobinie nieuwagi można zepsuć tak świetnie zapowiadający się obiad. Oto tajemnicza miara: NA OKO (i na zapach, of koz).
Wrażenia? Ja od trzech lat na głoda wcieram, wmasowuję i wstrzykuję dożylnie ziemniaka – najlepsze lekarstwo na zmartwienia. A tu nagle coś, co ziemniorem nie jest, a jawi się jako przezajebiste w smaku i się tym najadam. Magia?
Dzisiaj żadnej recki, po prostu opowiastka o koszmarze gwiezdno-wojennym, bardzo ludzkich robotach z BSG i o byciu fanem Star Treka bez bycia Trekiem, oraz o moim osobistym, pierwszym kontakcie z Betazoidami, Klingonami i załogą statku klasy Galaxy.
Szczerze mówiąc, po traumie a la Gwiezdne Wojny, z bólem przychodziły mi myśli, jako bym kiedykolwiek jeszcze zaufała filmom bądź serialom sci-fi. Rorq zaczynał baaardzo delikatnie przekonywać, najpierw do Battlestar Galactica, dużo później zaś do Star Treka. Tu pokrótce o wrażeniach z każdej z serii.
Gwiezdne Wojny
Było to z sześć lat temu, gdy pomału wkraczałam w dorosłość. Okres nazywany poprzednim życiem. Niemniej, jako człowiek typu kobieta, do tego nieprzyzwoicie młoda, średnio interesował mnie Darth Vader z zaawansowaną astmą, plastikowi przebierańcy zwani kosmitami i wielce wyświechtane hasło walki dobra ze złem. Imperatorowi było wtedy bliżej do Festera Addamsa niż czarnego charakteru, a Jabba przypominał mi moją żyjącą jeszcze niestety wychowawczynię z piątej klasy podstawówki. Widziałam całość. O ile nowa seria jest cudnie plastikowa, ma w składzie Natalie Portman ubraną zacnie i ogólnie rzecz biorąc nie męczy tak bardzo, to stare części sagi były mi do głowy wpakowane siłą. I choć rozumiem przesłanie, pamiętam fabułę, a miecz świetlny uważam za broń przekozacką, samym filmem się brzydzę. Podejrzewam, że po tych latach i przez zdobytą wiedzę, kolejne obejrzenie przyniesie jedynie refleksję, że to płytki produkt popkultury z ładną muzyką (zawsze w C-dur lub a-moll –> co absolutnie nie ma związku z Vivaldim w zapowiedzi).
Największy plus:
+ wyjątkowo głupia, lecz jakże urocza parodia: Kosmiczne Jaja
Największy minus: - młody Anakin bzyka podstarzałą Amidalę; zależność chłystka od starej baby z kasą przypomina mi panią Madonnę i jej przydupasów
Battlestar Galactica
I co my tu mamy? Serial o robotach, de facto bez robotów. W zasadzie remake, bo oryginalną serię podobno ciężko ogarnąć (może kiedyś?). Gdy robot to coś więcej niż android, bo mający własne ciało (tkankowe), uczucia, przekonania i wiarę, robi się całkiem ciekawie. Motyw radzenia sobie z “przemijaniem” – wielce ujmujący. Nie wiem, o co chodzi w ostatnim sezonie, ale oszukujmy się, że choć scenarzyści to wiedzieli. Cały serial bardzo przekonał mnie do mu podobnych sajens-fikszyn. Szczególnie takich, które mówią o ludziach, pozwalają sobie zadać kilka egzystencjalnych pytań, zatrzymać się na chwilę…
Największym plusem…
+ … nie jest Apollo (szok?) ani miła muzyczka (jak niżej), tylko Gaius Baltar – do cna zepsuty, moralne zero; jakim cudem widzi anioły? Ha!
Największym minus:
- dwie szkarady: Cylon rozmiar szósty i Starbuck; być może to tylko ta moja wrodzona niechęć do blondynek…
Star Trek
Tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do gwiezdnych podróży. Sprawę na wstępie trzeba nakreślić, by się nie ludź nie pogubił. Kapitan Kirk może i powala uśmiechem, ale fanką Original Series nie będę choćby z takiego powodu:
Być może przebrniemy kiedyś przez starą serię, głowy nie dam. Do takiego oldschoolu ciężko przywyknąć. Natomiast Następne Pokolenie weszło w życie me z pół roku temu, choć początkowo (uległszy skojarzeniom star-łors-star-trek) miałam mieszane uczucia, to (jak już wiadomo) nowa, piękna masa odcinków zauroczyła mnie z miejsca. Głównym postaciom początkowo brakuje co prawda luzu (na szczęście odnajdują go z czasem), natomiast znów mamy do czynienia z historiami i problemami, wcale nie wykraczającymi poza Ziemię. Chłonąc już czwarty sezon (każdy z nich niezwykle długi) plus część filmów fabularnych, miałam okazję zająć głowę problemami moralności, etycznymi niuansami, sprawami: człowieczeństwa jako takiego, niewolnictwa, eutanazji, zemsty, zażyłości rodzinnych, niepełnosprawności, starości, różnic kulturowych, [ślepej] wiary i kategorii boskości i wielu innych. Zdziwieni?
Ja: bynajmniej. Prócz powyższych, spotykamy się z nienachalnymi nawiązaniami literackimi oraz filozofią (w tym gender). Przy tym wszystkim prędkość impulsowa, fazery, Warp 9 i kolaboracje z Romulanami, w języku babci-lektorki z filmów Antonisza, to Male Piwo.
Podział rasowy
Co planeta, to w zasadzie nowi przebierańcy. W TNG mamy multum humanoidów i kopy stworzeń, którym bliżej wyglądem do diody LED albo innych kryształków soli. Cokolwiek. krótki przegląd najważniejszych ras:
Ludzie - choć nie są przebrani, występują w “niewielu kopiach”; co jeden to dziwniejszy; po pewnym czasie wiadomo już jednak, że Riker na pewno pobzyka, La Forge na bank nie pobzyka, Picard znów będzie wyrozumiałym wujkiem i czasem uda mu się wyrwać jakąś miłą panią, a Weasley Crusher (czy też Wil Wheaton, jak kto woli) znów będzie kujońską piczką roztropniczką. Nie koniecznie najbardziej ludzcy, za to przykładni oficerowie Gwiezdnej Floty. Czemu nie mówię tu o kobietach? Bo te na szczęście potrafią zaskakiwać (z wyjątkiem wielbionej Lt. Tashy Yar – ta zaskoczyć potrafiła ewentualnie jeszcze większą drętwotą).
Betazoidzi - ci czujący… Porozumiewają się telepatycznie, wgapiają się wszyscy jednym rodzajem czarnych szkieł kontaktowych, każdy ma ciut innego fisia; w naszej nomenklaturze zwani wariatami lub wiedźmiństwem. Deanna Troi (empatka i… wiewióra?) z głupim akcentem i inteligencją emocjonalną walącą “na cycki”; ulubione cytaty: Wyczuwam coś! Ból, ogromny ból! Matko jedyna! O mały włos nie napisano jej kwestii w stylu: Moje empatyczne zdolności mówią mi, że nie umyłeś pachy i nie wyszorowałeś kopyt. Dużo ciekawszą postacią jest Matka Deanny – Lwaxana. Bezczelna, pewna swojej seksualności, bezpośrednia, męcząca, gadatliwa, irytująca (taka ja za trzydzieści lat…). Rorq jada ją łyżeczkami, a przy okazji zastanawia się, jakie wskazówki odnośnie roli Gene Roddenberry dał swojej własnej żonie, hm: Kochanie, bądź sobą ???
Klingoni - czyli, jak się zdaje, hamerykańska koncepcja ludów pierwotnych. Mega atawizm. Aż dziw, że wykształcili mowę artykułowaną [nieco bardziej rozwiniętą od: Jestem dudży Mudżyn, ja tobie zrobić wielka buba!]. Mają własny, czczony przez Treków język, oparty w sporej mierze na iloczasie, jerach i innych esceesowych bzdurach (żart filologiczny). Miło się na nich patrzy, każde czoło inne, czoło Worfa nawet podwójnie. Najciekawszą z bandy jest K’Ehleyr, pół-kobieta, o całkiem lotnym umyśle i z poczuciem humoru.
Q – złośliwy zgrywus; do tego nieśmiertelny i niemal wszechmocny; wielka gratka; przysparza sobie wrogów w całej galaktyce, powód pierwszego ever facepalmu Picarda; to prawdziwy aspołeczny szubrawiec.
Borg – nie do końca android, nie zupełnie Cylon. Po prostu Borg, kolektywny umysł. Z pewnością kojarzycie freaków z powszczepianymi kawałkami metali pod skórę, albo koty z czipami. No. Do tego Doktor Laser zamiast oka i jak mantra powtarzane słowa: Poddajcie się! Zostaniecie zasymilowani, opór jest bezcelowy. No, grali i trąbi zespół KombiChrystus.
Data – jako android, dzieło Doktora Soonga, jest w zasadzie jednym z najrzadszych, inteligentnych form życia w przestworzach. Ale jest, ma się dobrze, karmi kota, mimo że z trudnością przychodzi mu rozumienie ludzkich uczuć. A na polskie: chętnie zdiagnozuję go jako jednego z tych genialnych idiotów z symptomami zespołu Aspergera. Taka inkarnacja Bazyla z pozytronowym mózgiem.
Oglądam często, skąd bliska droga do uzależnienia. Łysy kapitan śni mi się po nocach, a USS Foczynos zabiera Rorqowi godziny snu w Star Trek Online. Czy wolno nazwać nas Trekami? Tylko jeśli sprawicie nam kultowe dresy floty wraz z komunikatorami.
Największy plus:
+ holodek
Największy minus:
- kij w żopie w pierwszych sezonach [bez związku z poniższymi]
,,Patrzę na główkę od szpilki i widzę tańczące anioły…”
- cytat z filmu.
Mimo skłonności wywrotowych i nikłej tolerancji na czynnik ludzki, nie potrafię zupełnie odciąć się od świata.
Ale ukazywać absurdów życia nikt nie broni. Stąd i blog.
I z wolnomyślicielstwa.
I przez prowokację.
I z potrzeby prowokowania; tak, żeby trybiło, a zwoje w mózgu miały okazję się poprzegrzewać.
Nie o wszystkim. I nie o niczym.
Trochę po bandzie, bo zakrada się proza poetycka i bajki z mchu i paproci...
Zresztą.
Co ja tu będę agitować?!
Czy macie tu foki? - Van itt fókák?
Czemu ten kot zjada kapcie? - Miért van ez a macska megeszi a papucs?
Czemu ta foka jest taka smutna? - Miért a pecsét olyan szomorú?
Jakie znasz piosenki o fokach? - Melyik dalt tudsz tömítések?
Uwaga! Kot na wrotkach! - Figyelem! Macska a pálya!